piątek, 25 stycznia 2019

"Śmierć motyli" - opowiadanie

Poniżej tekst, który zdobył I miejsce w konkursie literackim "Pigmalion fantastyki" w 2013 roku.

Fabuła nawiązuje do uniwersum przedstawionego w "Wierzejach Czasu"




Śmierć motyli


             Świat umiera. Znów i nieodwołalnie. Szukam przyczyny tego stanu rzeczy. Powolna agonia kolejnego bąbla w strukturze multikosmosu nie wróży dobrze na przyszłość. A ja… A ja tu po prostu utknęłam. Nie ma możliwości powrotu. Jedyna opcja to iść naprzód.
            Jednak zanim opuszczę ten świat podejmę ostatnią próbę. Tak ku przestrodze. Bo ile szans można zmarnować? Ile napotkanych rajskich krain utracić?
            Transporter idzie na ostatnim zapasie energii. Musi jej zostać na tyle, by przenieść nas i sprzęt. Więc nawet w swym największym odchyleniu membrany nie udźwignie wagi całego dziennika.
            Jeśli to czytacie, to jakimś zrządzeniem losu, przypadkiem, wyrokiem fatum lub po prostu Boskim cudem – udało się przerzucić te strzępy informacji na żer naukowcom Instytutu. Czego wam życzyć? Abyście się tym zadławili? A na zdrowie!
            Ja idę dalej. Następny krok w nieznane. Bo kiedy umiera wszechświat jedyną szansą na przeżycie – jest go opuścić.

Dzień pierwszy
            Przeszliśmy.
            I kto by pomyślał, że operowanie anomaliami energii Plancka może być tak trudne i tak proste zarazem?
            Zgodnie z wytycznymi – będę się starała notować wszystkie swoje obserwacje, bez względu na to, czy uważam je za istotne z naukowego punktu widzenia, czy też nie. Zresztą –  nie moją rzeczą jest zbierać na tej ziemi materiały do badań. To zadanie dla pozostałej trójki. Więc dlaczego znalazłam się w ekipie wysłanej na eksploatację tego wszechświata? Ponieważ nie można być wciąż teoretykiem. Poświęciłam prawie dwadzieścia lat życia na badanie multiversum. To, ile doświadczyłam po drodze wzlotów i upadków mogłoby stanowić kanwę osobnej opowieści. I w końcu – sukces!
            Ale przecież to wszystko wiecie. Przecież teraz sami ślęczycie nad kolejnymi rozwinięciami wzoru. Sposoby namierzania kolejnych wszechświatów to już oddzielna dyscyplina naukowa. Ja wytyczyłam szlak. Teraz sami się dalej bawcie.
            W końcu – spełniło się marzenie. Przeszłam do innego świata.
            Cel misji: sprawdzić, czy wszechświat ten jest stabilny, czy nadaje się do masowej kolonizacji. W obliczu nieuchronnej zagłady naszej planety tylko ta jedna opcja pozostała. Inne, testowane przez stulecia, nie dały spodziewanych rezultatów. I kto by pomyślał, że łatwiej będzie człowiekowi opuścić znany wszechświat, by udać się na poszukiwanie raju,  niż dotrzeć do gwiazd i kolonizować obce układy słoneczne. Łatwiejsze okazało się przejście w inny wymiar, niż pokonanie prędkości światła. Cóż za ironia…
            To pierwszy dzień w tym wszechświecie… A przynajmniej tak mi się wydaje. Pobudka była dość długa i doprawdy trudno określić, czy po przejściu spaliśmy godzinę, dwie, czy też cały tydzień.
            Ocknęliśmy się na plaży. Zebraliśmy porozrzucane skrzynie ze sprzętem. Dziwne, że niektóre dotarły bez uszkodzeń, inne są poobijane bądź otwarte, niektórych w ogóle nie ma. Przejrzeliśmy swój dobytek. Sprzęt do badań jest prawie w całości. Zabrakło tylko wyrzutni do satelitów. Rozbiły się skrzynie z wyposażeniem namiotów, choć śpiwory i materace udało się wyłonić z laguny. Prowiant zniknął. Mamy tylko to, co było spakowane w podręcznych torbach. Paczka sucharków. Trzeba będzie przede wszystkim poszukać źródła pitnej wody i pożywienia.
            Jak na razie większość dnia upływa nam na porządkowaniu ocalonego dobytku i organizowaniu bazy w cieniu najbliższych palm stojących na granicy plaży i dżungli.
            Dżungla. Jak to dziwnie brzmi. Tak, jakbyśmy wybrali się na wycieczkę na Pacyfik i natrafili na rajską wyspę.
            Jamaan wszedł kilkaset metrów w głąb tej plątaniny zieleni. Obserwowaliśmy jego wycieczkę na podręcznym dysku hologramu. Ileż tu motyli…

Dzień drugi
            Rozpięliśmy ochronną siatkę ponad wyspą. Pocieszenie – nikogo poza nami tu nie ma. Ale pojawiły się trudności. Pierwsza i podstawowa – ląd jest za mały. Jeśli nie uda nam się stąd wydostać i sprawdzić, czy na tej planecie są inne wyspy zdatne do zamieszkania – to nic tu po nas. Nie da się przecież kolonizować planety mając w zanadrzu jedną niewielka wyspę. Porażka.
            Znaleźliśmy źródło słodkiej wody. Nie wspominając o wodospadzie. Obrazy jak z raju: soczysta zieleń, szmaragdowa woda, tęczowa mgła, feeria kolorowych kwiatów. I motyle… Dziesiątki, setki motyli unoszących się wokoło, wirujących, drgających. Szum wiatru w liściach, szum spadającego wodospadu, szum krwi w uszach, gdy uświadamiam sobie, że nie ma powrotu. Teraz dopiero dociera to do mnie w całej pełni. O ironio! Tak bardzo pragnęła odkryć nowy, nieznany świat! Być pionierem! Stanąć w jednym szeregu z największymi… Pycha została pokarana. Chciałam tego tak bardzo, że gotowa byłam zaryzykować własnym życiem. Jednego tylko nie uwzględniłam… Złożyłam na szalę również życie innych ludzi.

Dzień trzeci
            Rozesłaliśmy szukacze na osiem stron, zgodnie z wytycznymi róży wiatrów. Ostatni z mechanicznych sensorów zbliża się właśnie do linii horyzontu. Jeszcze kilka minut i stracimy go z oczu. Zasięg ustawiony na trzysta kilometrów. Jeśli w tym obrębie nie ma żadnego innego lądu, będziemy się starali rozszerzyć poszukiwania, choć wątpię, czy uda nam się przesunąć tę granicę chociażby o pięć kilometrów. Sprzęt też ma swe ograniczenia. Co wówczas? Na razie odsuwam od siebie tę opcję.
            Wraz z Anną i Jamaanem staramy się badać otoczenie. Głównie florę i dostępną nam faunę. Niespecjalnie znam się na biologii i tylko próbuję pomagać pozostałej dwójce. To oni są tu specjalistami. Anna zbiera liście, skanuje je i wprowadza do systemu. Jamaan biega po wyspie z siatką na owady i poluje na motyle. Biedne… Stają się przyszpilonymi eksponatami ułożonymi w równe rzędy. W zasadzie im współczuję, choć to śmieszne. Jednak spoglądając na sztywne, rozłożone skrzydła mieniące się błękitem, mam nieodparte wrażenie, że jakaś część duszy…, mojej, Jamaana, nie wiem czyjej…, że jakaś część duszy właśnie bezpowrotnie umiera… Szaleństwo.
            Nie mogę spać. Pół nocy przewracam się z boku na bok. Słyszę szum fal uderzających o piaszczysty brzeg. Powinny mnie ukołysać do snu, ale nic z tego. Liczę kolejne uderzenia…

Dzień piąty
            Szukacze jeszcze nie powróciły i zaczynamy się niepokoić. Każdy z nas próbuj podejść do tego z pewną nonszalancją, jednak… Gdzieś w podświadomości narasta lęk. Co, jeśli nie znajdziemy innego lądu? Większego. Co, jeśli wyspa, na której się znaleźliśmy, jest jedyną na tej planecie? Śmieszne? Może. Jednak w tym momencie wcale mi nie jest do śmiechu.
            Oddaliłam się od reszty.
            Słońce zaszło godzinę temu. Mrok zapada tu bardzo szybko, bez tego przejściowego bufora zmierzchu. Na niebie rozbłysły gwiazdy…
            Zostawiłam towarzystwo przy ognisku, a sama przewędrowałam plażą do zatoki. Leżąc na piasku czuję pod plecami ciepło minionego dnia. Próbuję się wsłuchać w nocne odgłosy wyspy, ale trudno jest cokolwiek wyłowić z otaczającej mnie ciszy. Poza owadami w głębi i skorupiakami nad brzegiem – nie ma ty żadnych zwierząt. Nie ma nawet ryb w oceanie. Dziwny wybryk ewolucji, czy też pozostałość po jakiejś katastrofie? Nie umiem znaleźć odpowiedzi. Tak więc las, poza szumem liści i skrzypieniem pni palmowych, nie wydaje żadnych odgłosów. Jest to o wiele bardziej przerażające, niżby z puszczy miały dobiegać mrożące krew w żyłach wrzaski. Nawet skrzek małp w tej chwili przywitałabym z ulgą.
            Tymczasem wpatruję się w niebo. Granat nocy buduje nade mną ogrom wszechświata. Gwiazdy rozstawiono w nieznanych nam konfiguracjach. Nie ma tu gwiazdozbiorów z ziemskich atlasów nieba. Nie jest to żadna ze sklasyfikowanych galaktyk. Tę, bez względu na położenie, komputer byłby w stanie nazwać na podstawie siatki gwiazd. Nie… Są dwie możliwości. Albo ta galaktyka leży poza obszarem zdolności pomiarowych naszych instrumentów, co jest raczej wątpliwe, albo też jest niewidoczna za względu na czarną materię.
            Jest jeszcze trzecie wyjaśnienie.       
Założyliśmy, że sąsiednie uniwersa, mimo oczywistych różnic, są zbudowane tak, jak nasze. Przyjęliśmy, że we wszystkich układy gwiazd będą się pokrywać. Ot, po prostu kosmos pączkujący w liczne, paralelne wszechświaty. Pomyliliśmy się.
To, z czym się zetknęliśmy, to pojedynczy stan obserwowalnej rzeczywistości. Spośród nieskończonej liczny możliwych wyborów i rozwiązań, ten się urzeczywistnił i objawił naszym ułomnym zmysłom. Wszechświat tak zupełnie różny od naszego, że gwiazdy rodzą się tu i umierają według własnego, niepowtarzalnego planu.
            Dalej wypatrujemy sond.

Dzień szósty
            Zaczyna nas trawić głód.
            Zapasów mamy pod dostatkiem. Syntetyczne racje żywnościowe starczą jeszcze na co najmniej cztery tygodnie. O to na razie nie mamy się co martwić. Jednak trawi nas głód.
            Choć żołądek jest pełny, mózg wysyła naglące sygnały. Chce jeść! Jeść! Ale co? Nie możemy znaleźć tego smaku. Nie znamy go.
Jamaan zaznajomił się z tutejszymi owocami i przekonał nas, że są jadalne. Anna podeszła do tego bardziej sceptycznie. Odczekała dobę i uważnie obserwowała pozostałych. Żyjemy. Jej zapobiegliwość jest wybitnie denerwująca w swej racjonalności. Chłodna kalkulacja życia i śmierci. Jednak nawet owoce nie zaspokajają głodu. Wciąż szukamy.

Dzień dziewiąty
            Wróciły trzy sondy. Trzy z ośmiu wysłanych. Co się stało z pozostałymi? Ze wszystkimi straciliśmy kontakt, gdy wyszły poza granicę trzystu kilometrów. W tym momencie powinny automatycznie zawrócić, jednak po dwóch dniach oczekiwania wiedzieliśmy, że straciliśmy urządzenia. A tu tymczasem taka niespodzianka.
            Kertworth pierwszy dostrzegł ruch na horyzoncie. Wszystkie przybyły z tego samego kierunku, choć przecież miały zaplanowane różne trasy. Wszystkie trzy płynęły w jednej linii, w odstępie dziesięciu metrów od siebie. Dlaczego nie unosiły się ponad falami, tylko pozwalały im nieść? Ocean łagodnie osadził je na piaszczystej plaży i cofnął się nie dotykając ich po raz kolejny.
            Staliśmy tam dobrą chwilę w bezruchu, wpatrzeni w obłe, srebrne kształty.
            Wreszcie Kertworth, wzruszając ramionami, podszedł do urządzeń i przeniósł je do jednego z namiotów. Wygonił wszystkich tłumacząc, że w spokoju musi oczyścić sondy, sprawdzić, czy nie zostały uszkodzone, zgrać dane. Dopiero później, powiedział, przedstawi nam wyniki. Niechętnie wyszliśmy.
            Siedzimy na pniach wokół ogniska i czekamy na informacje. Mija już druga godzina, a z namiotu dobiegają tylko jakieś okrzyki. Z ich intonacji nie jesteśmy w stanie odczytać, czy to dowód gniewu, radości, czy rozczarowania. Spoglądamy po sobie w milczeniu.

Dzień dziesiąty
            Odczyt danych z sond. Nie tego się spodziewaliśmy. Muszę to przemyśleć. I wyciągnąć wnioski… Jeśli to w ogóle możliwe.
            Sondy przyniosły ze sobą obraz innej wyspy. Wszystko przed dotarciem na drugi ląd jest wykasowane. Tak, jakby zapis zaczął się dopiero po wylądowaniu szperaczy na plaży. Od tego momenty nieprzerwanie przez kilkanaście godzin trwa nagranie. Sondy obleciały wyspę zgodnie z wytycznymi. Najpierw linia brzegowa, potem wyznaczenie sześciu punktów po okręgu i centrum. Potem siatka.
            Zaskoczenie?
Miasto. A raczej – ruiny miasta. Kiedy to było? Na oko jakieś dwieście, dwieście pięćdziesiąt lat temu. Skalne bloki porośnięte dżunglą. Obraz śmierci… Chociaż… Na nagraniu nie ma żadnych mogił, skaner nie znalazł szczątków ludzkich, nie ma szkieletów. Nie ma nawet śladowych ilości DNA. Tak, jakby budowniczowie tego miejsca rozwiali się w niebycie. I tylko te malowidła…
            Większość domów zdobi nad wejściem symbol błękitnego motyla. Morpho. Jego skrzydła, mimo upływu czasu, wciąż błyszczą jaskrawym szafirem.
            I jeszcze jedno: rysy.
            To tak, jakby na strukturze samej przestrzeni pojawiały się pęknięcia. Uświadomiły mi to dopiero nagrania. Dotychczas sądziłam, że to złudzenia, iluzje światła i cienia, ale nie… Tam, na tej drugiej wyspie, tych rys jest znacznie więcej i nie można mieć wątpliwości, co do ich istnienia. U nas one dopiero się pojawiają.
            Rozmawiałam o tym z pozostałą trójką. Też dostrzegli załamania. I też, tak jak ja, uznali je początkowo za wytwór wyobraźni. Teraz jednak to pewnik – w strukturze tego świata następuje zmiana.
            Nie znamy czynnika ją wywołującego. Zastanawia mnie, czy to nie nasza obecność była katalizatorem…

Dzień piętnasty
            Rysy pojawiają się coraz częściej. Staramy się je omijać. Nie wiemy, co z sobą niosą. Wygląda to tak, jakby spoglądać przez pomarszczoną folię. Niby wszystko widać, a jednak przesunięcia i załamania linii dezorientują.
            Nie mogę spać.

Dzień szesnasty
            Jamaan zamknął swą kolekcję. Poszło mu to nadspodziewanie szybko. Wszystkie dostępne na wyspie motyle ma sklasyfikowane i wprowadzone do systemu. Może uda się przesłać te dane. Wyszła równa liczba: dwadzieścia pięć gatunków. Niewiele. Zaskakująco niewiele.
            Poszłam nad wodospad. Jak tu cicho… Nie, huk wody trwa w najlepsze, jednak zdaje mi się, że zobojętniałam na ten dźwięk i gdzieś za nim słyszę ciszę…
            Dopiero gdy wróciłam do obozu uświadomiłam sobie, że nie widziałam żadnego motyla.

Dzień dwudziesty drugi
         Kertworth wpadł do namiotu w środku nocy. Nie zbudził nas, bo i tak nikt tu nie śpi. Nie jestem w stanie tego pojąć. Jak mózg może funkcjonować obywając się tyle dni bez snu? Przecież grozi to obłędem.
            Szarpie nas i pospiesza. Coś znalazł.
           To zaledwie mignięcie.
           Gdy sonda badała ruiny jedna z kamer uchwyciła freski. Wcześniej, skupieni na wypatrywaniu jakiegokolwiek dowodu istnienia życia – zupełnie to przeoczyliśmy. Teraz, gdy Kertworth zatrzymał i wyczyścił obraz, uderza nas jego wymowa.
            Połączenie piktogramów i jakichś symboli, prawdopodobnie pisma. Z analizy wynika, że nie jest to żaden za znanych nam systemów zapisu bądź kodowania. Komputer nie znajduje punktów odniesienia. Jednak same rysunki są czytelne.
            To ludzie. Na pewno.
            Z ich ciał wyłaniają się motyle. Wirują wokół. Szczęście i spokój.
            A potem katastrofa.
            Martwe motyle u stóp opłakujących je ludzi. Zwiędłe skrzydła.
            I śmierć.
            Stoimy wpatrzeni w obraz.
Jeden człowiek, jedno istnienie, jedna dusza. Jeden motyl.
            Jedna, wspólna śmierć.
            I dopiero teraz dociera do nas z przerażającą jasnością.
            Na naszej wyspie nie ma już motyli.

 
______________




piątek, 28 grudnia 2018

Spacer ulicami Krakowa – obecność topografii miasta w twórczości literackiej Michała Bałuckiego, c.d.

Charakter miasta


Gdy mówimy o dziele przesiąkniętym realiami i atmosferą rodzinnego miasta Bałuckiego, na pierwszy plan wysuwają się Typy i obrazki krakowskie. To właśnie w tym zbiorze, pełnym ciepła i sentymentu, rysuje się przed naszymi oczami staroświecki, spokojny, troszkę zacofany cywilizacyjnie Kraków, w którym czas płynie swoim własnym, odmierzanym biciem kościelnych dzwonów rytmem, w którym natłok narodowych pamiątek wytwarza pewną uniwersalną, pozaczasową przestrzeń żyjącą własnym życiem. Typy i obrazki… to zapis mijającego już charakteru miasta, które swoje apogeum spokojności przechodziło w czasach Rzeczpospolitej Krakowskiej. Autor stara się jeszcze na chwilę za-trzymać tę ulotną rzeczywistość i w tym celu sięga z jednej strony po porównanie do czasów minionych (by podkreślić zmiany), z drugiej zaś – przedstawia przestrzeń głównie z punktu widzenia ludzi starszych, którzy swoje doświadczenia życiowe i wspomnienia związali z obszarem miasta.

Tak więc –
Kraków w ostatnich trzydziestu latach zmienił się bardzo i chociaż w oczach świeżo przybyłych osób ma jeszcze pozór staroświeckiego miasta, to dla tych, co go znali dawniej, stracił on już swój odrębny, typowy charakter, jaki miał za czasów Rzeczypospolitej. Kolej zbliżyła go do Europy – pożar w roku 1850 zniszczył całe szeregi starych domów z oryginalnymi facjatkami, gotyckimi odrzwiami i zmusił do odbudowania się w nowym guście. [1]

Jednak pomimo tych zmian, będących wynikiem postępu cywilizacyjnego i przyspieszenia tempa życia –
Kraków jest miastem jakby stworzonym dla emerytów, a był nim jeszcze więcej przed kilkunastu laty, kiedy nie tylko spokojnie, wygodnie i przyjemnie, ale i tanio w nim żyć można było. Na ulicach nie ma owego gorączkowego i hałaśliwego ruchu, który cechuje wielkie miasta – tu nikt się nie śpieszy, nikomu nie pilno, a czasu tyle do zbycia, że lada kanarek na dachu mnóstwo zatrzymuje całymi godzinami ludzi.
W takim mieście staruszek może bezpiecznie sobie chodzić po ulicach bez obawy potrącenia lub przejechania. Jeżeli jest pobożnym – czterdzieści kościołów ma do wyboru, lubi teatr – ma teatr, i to nawet niezły, kompanijkę do preferansa lub domina znajdzie w resursie i kawiarni, w handelku zaś o polityce do woli nagadać się może. Do każdego z tych miejsc tak bliziutko (…). A Planty, owe nieocenione Planty, szczególniej w lecie, są prawie stałym mieszkaniem ludzi wysłużonych. Mają oni tam swoje uprzywilejowane ławki, na których się sadowią zaopatrzeni w gazety, okulary, tabakiery i fularowe chustki. [2]

Miasto dla bohaterów opowiadań Bałuckiego staje się obszarem rozpoznawalnych znaków. Właśnie poprzez tę rozpoznawalność przestrzeń zyskuje niemal osobisty, prywatny charakter. Wrośnięcie w obszar miasta charakteryzuje się wytworzeniem w świadomości mieszkańców pewnych struktur skojarzeniowych, które decydują o swojskości postrzeganych obiektów. Tak jest w sytuacji, gdy stary kościelny mówi –
A gdzieżbym ja mógł obejść się bez mojego ukochanego Krakowa, bez tych dzwonów, z których każdy rozróżnię po głosie, a które mi tak serce radują, jak najmilsza rozmowa… A gdzieżbym ja mógł wyżyć bez tego Zygmunta, co tak poważnie huczy z wieży na każde święto, na rezurekcję, na sumę św. Stanisława. To się nie da, to się nie da… [3]

Przywiązanie się do danego miejsca i utożsamianie się z nim z pozycji mieszkańca jest wyrazem zakorzenienia świadomości w danej przestrzeni. Takie materialne i widoczne elementy jak: budynki, pomniki, kościoły czy cmentarze umożliwiają mentalne usytuowanie się człowieka w obszarze miasta; poprzez swoje trwanie i niezmienność – stają się tłem wydarzeń dnia codziennego i zapewniają poczucie stabilizacji. Przywiązanie do miejsc jest wynikiem ich znajomości i nałożenia na przestrzeń osobistych wspomnień i przemyśleń [4].

Miasto, leniwe za dnia, oglądające przechadzających się staruszków, kłócące się przekupki i zajętych swą pracą rzemieślników (jakoś brak w Typach i obrazkach… życia i zabaw studenckich, a przecież Kraków to miasto uniwersyteckie), czasem, podczas wielkich uroczystości, ożywa i poddaje się nastrojowi zabawy. Tak jest w Boże Ciało, podczas obchodów Konika Zwierzynieckiego, czy w noc wigilijną:
Było już po jedenastej w nocy, Kraków jednak nie spał jeszcze. Wiele okien jaśniało światłem, tu i ówdzie otwierały się bramy kamienic, z których wysypywały się na ulicę gromadki pań, panien otulonych w szaliki, kapturki i panów głośno śmiejących się i dowcipkujących. (…) Na ulicach był gwar, ruch, jaki podczas dnia nie zawsze bywa. [5]

Miasto żyło w dzień i w nocy, niejako na trzech płaszczyznach: w fizycznej, trójwymiarowej przestrzeni oznaczonej nazwami topograficznymi, w przestrzeni pozaczasowej, zyskującej symbol miasta narodowych wartości i pamiątek, oraz w świadomości swych mieszkańców, którzy się z nim utożsamiali. Tę trój-znaczeniowość zamkniętą we wspólnej przestrzeni można tłumaczyć poprzez twierdzenie, że:
Miasto nie staje się historyczne przez sam fakt zajmowania tego samego miejsca przez długie lata. Przeszłe wydarzenia nie wyciskają piętna na współczesności, jeżeli nie są upamiętnione w historycznych książkach, pomnikach, paradach i poważnych lub radosnych obrzędach, uznanych za część ciągle obecnej tradycji. Stare miasto ma w swojej historii bogate zasoby faktów, którymi żywią się kolejne generacje mieszkańców, podtrzymując i stwarzając na nowo swój obraz miejsca. [6]

__________

[1] M.Bałucki – Typy i obrazki krakowskie [w:] tegoż – Pisma wybrane, Kraków 1956, t.VIII, s.7. (Wszystkie cytaty z Typów i obrazków krakowskich pochodzą z tego wydania, chyba że zaznaczono inaczej.)
[2] Tamże, s.121
[3] Tamże, s.218
[4] por. Yi-Fu Tuan – Wyrazistość wizualna: Kreowanie miejsca, w: tegoż – Przestrzeń i miejsce, tłum. A.Morawińska, Warszawa 1987, s.201
[5] M.Bałucki – Typy i obrazki…, jw., s.225
[6] Yi-Fu Tuan, jw., s.218

piątek, 14 grudnia 2018

"W życiu nie można unikać tego, co nas przerasta. 

Gdybyśmy tak postępowali, to nie byłoby życie, tylko wegetacja. 

A na to szkoda czasu." 


Zawsze miło mi spotkać się z pozytywnym odbiorem historii z Grodowa. Cieszę się zwłaszcza, gdy czytelnicy znajdują w tekście ulubione cytaty. 

Dzięki Aniu!

piątek, 30 listopada 2018

Felietony "NA MARGINESIE" - prasówka

Felietony Katarzyny Żak publikowane na łamach "Gazety Myślenickiej" w latach 2007-2008

Z potrzeby serca - 2007.01.11
Co każda kobieta w torebce mieć powinna - 2007.02.01
Zimową porą -  2007.02.08
Rozemocjonowane dziesięć kilo energii - 2007.02.15
Róże kontra makrela - 2007.02.22
... z rozmów zasłyszanych - 2007.03.01
Mundur łagodzi obyczaje - 2007.03.08
Osiem stopni nieszczęścia - 2007.03.15
Nieobowiązkowe tworzenie własnych dziejów - 2007.03.22
Haftowane serwety w sąsiedztwie nowości - 2007.03.29
Iść w górę strumienia - 2007.04.05
Pocztowe przeboje - 2007.04.19
To i owo - 2007.04.26
Długoterminowa majówka - 2007.05.10
Kasztany i reszta - 2007.05.17
Ogłoszeniowe tablice - 2007.05.24
Typologia weekendowa - 2007.05.31
Przechodzień na cenzurowanym - 2007.06.07
Biało-czerwoni - 2007.06.14
Pleć pleciugo, byle długo - 2007.06.21
Na tropach kwiatu paproci - 2007.06.28
Imieniny - 2007.07.05
Co w słoikach piszczy - 2007.07.12
Przewodnik egocentryczny - 2007.07.19
Niegdysiejsze precjoza - 2007.07.26
Miasto na wakacjach - 2007.08.02
Śmieci na czasie - 2007.08.09
Obfitych zbiorów - 2007.08.17
Na przekór czasowi - 2007.08.23
Małe tęsknoty - 2007.08.30
Myśleniczanie nie gęsi, iż swą wyższość znają - 2007.09.06
"O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny" - 2007.09.13
Ślub? Nie, dziękuję - 2007.09.20
Nauka parkowania w weekend - 2007.09.27
Nastała czarna dziura - 2007.10.04
Przypadki uliczne - 2007.10.11
Tasowanie kart - 2007.10.18
Miejski image - 2007.10.25
Wśród cyprysów - 2007.11.08
Sztuka sięgnęła bruku - 2007.11.15
Od czego by tu zacząć? - 2007.11.22
Wosk na kształt przyszłości - 2007.11.29
Wariacje na temat przepisów - 2007.12.06
Przedświąteczne porządki - 2007.12.13
Za kulisami - 2007.12.20
Marzenia zmęczonej nijaką zimą - 2008.01.10
Sercami brukowane - 2008.01.17
O zamiłowaniu do książek - 2008.01.24
Słowem wstępu do stuletniej historii - 2008.01.31
Wolny stolik poproszę - 2008.02.07
Od puszki do podatku - 2008.02.14
Plan trzydziestoletni - 2008.02.21
Własne kółka - 2008.02.28
Urwanie głowy - 2008.03.06
Poza zasięgiem - 2008.03.13
Co do koszyka... - 2008.03.20
Ogólny pożytek - 2008.04.03
Zamartwianie z nawiązką - 2008.04.10
Wyspiański przegrał z lenistwem - 2008.04.17
Dwa w jednym - 2008.05.08
Wygrały wypieki - 2008.05.15
Dla rodziców - artystycznie - 2008.05.29
Kukułka - 2008.06.05
Bez flag - 2008.06.12
Wyrabianie gustów - 2008.06.19
Miejski marketing - 2008.06.26
Jak szukać pracy - 2008.07.03

piątek, 16 listopada 2018

Spacer ulicami Krakowa – obecność topografii miasta w twórczości literackiej Michała Bałuckiego

Współczesny czytelnik myśląc o XIX-wiecznym Krakowie niejako automatycznie przywołuje w swej wyobraźni wygląd miasta odpowiadający jego obecnej ( XX / XXI w. ) postaci. Liczne kamienice, kościoły, pomniki – zadbane i odrestaurowane, chociaż w swej genezie sięgają (a nawet nierzadko przekraczają) wieku XIX, to jednak nie w obecnej postaci. Nasze wyobrażenia miasta różnią się zdecydowanie od jego stanu faktycznego sprzed ponad stulecia (o czym można się dobitnie przekonać oglądając fotografie z tamtych lat). Należy się więc zastanowić, w jaki sposób miasto było postrzegane przez ówczesnych jego mieszkańców i jak tę relację udokumentował w swoich zapisach Michał Bałucki.

Na początku należy przybliżyć sposoby istnienia miasta w obrębie utworów literackich. Andrzej Stoff mówiąc o przestrzennym wymiarze świata powieściowego [1] podaje cztery kwestie: wyznaczanie przestrzeni, jej kreowanie, funkcjonalizowanie i waloryzację [2], według których można go opisywać i analizować. Badacz zwraca również uwagę na konkretność doświadczanej przestrzeni literackiej, co niejako gwarantuje jej byt [3].
 
Wyznaczenie przestrzeni świata przedstawionego dokonuje się poprzez określenie horyzontu, w obrębie którego postacie się poruszają i działają, czemu służy między innymi wykorzystanie topograficznych nazw własnych [4]. Naoczność przestrzeni [5] w twórczości Bałuckiego dotyczy głównie obszaru Krakowa. Pojawiające się w Typach i obrazkach krakowskich wzmianki narratora o jego czasowym wyjeździe z miasta z jednej strony rozszerzają przestrzeń świata przedstawionego, z drugiej jednak – z powodu braku dokładnych określeń przestrzeni poza miastem, czy też doświadczeń z nią związanych – powtórnie przenoszą uwagę czytelnika na Kraków i z braku innych punktów odniesienia centralizują ją i ograniczają do zamkniętej przestrzeni ulic.

Yi-Fu Tuan pisząc o zamkniętej przestrzeni miast nadawał jej sens symboliczny:
Miasto ( śródmieście ) jest miejscem, ośrodkiem znaczenia par excellence. Ma bardzo wiele wyrazistych wizualnie symboli. Co ważniejsze, samo jest symbolem. Tradycyjne miasto symbolizowało transcendentalny i stworzony przez człowieka porządek – przeciwieństwo chaotycznych sił ziemskiej i piekielnej natury. Ponadto, wcielało idealną ludzką społeczność (…). Dawne miasta zyskały aspekt monumentalny. Potężne mury i bramy ograniczały świętą przestrzeń. Fortyfikacje broniły mieszkańców nie tylko przez ludzkimi wrogami, ale również przed demonami i duszami zmarłych. W średniowiecznej Europie księża poświęcali mury miejskie, żeby mogły one odpędzić diabła, choroby i śmierć, innymi słowy – groźbę chaosu. [6]

Na rzeczywistą przestrzeń topograficzną pisarz nakłada swoje wyobrażenia jej dotyczące. Tak więc literacki opis miasta to subiektywizowany zapis odbioru, czy też postrzegania, trójwymiarowej przestrzeni przez patrzącego na nią autora. Dopiero ta quasi-realna przestrzeń [7] staje się tłem działań i wydarzeń bohaterów. Pomiędzy realną przestrzenią miasta, a tą kreowaną w dziele literackim, w przypadku twórczości Michała Bałuckiego – zachodzi ścisła korespondencja, gdyż biorąc jako pierwowzór XIX-wieczny obraz Krakowa pisarz dał możliwość wskazania desygnatu [nazw topograficznych] poza obrębem świata przedstawionego [8].

W jaki sposób Bałucki wykorzystuje w swoich utworach przestrzeń miasta? Ponieważ niemożliwe jest oddanie w literaturze wyczerpującego opisu miejsca – pisarz wskazuje na typowe, charakterystyczne elementy w krajobrazie, przytacza ich funkcję lub wrażenia z nimi związane. Ich wybór ma również znaczenie wartościujące poprzez sam fakt zaistnienia tego, a nie innego wycinka rzeczywistości [9]. Przez porównanie ze sceną teatralną można tu powiedzieć o działaniu reflektora, który oświetla wybrane punkty na mapie miasta, a inne pozostawia w cieniu.

Miasto (w sensie topograficznym) jest tylko tłem wydarzeń, rzadko kiedy poświęca mu autor dłuższy opis (chociaż zasada ta przełamana jest w kilku punktach). Zazwyczaj ogranicza się do urywkowych informacji: podaje nazwy ulic, placów, którymi postacie przemieszczają się z jednego miejsca na drugie, budynków, które mijają, szynków i restauracji do których wstępują [10].

__________

[1] A.Stoff – Poetyka i semantyka literackich zobrazowań przestrzeni miasta, w: Miasto-Kultura-Literatura. Wiek XIX, red. J.Data, Gdańsk 1993, s.8
[2] Tamże
[3] A.Stoff pisze: Przestrzeń świata przedstawionego nie jest abstrakcyjnym, dającym się ująć jedynie za pomocą matematycznych wzorów, continuum przestrzennym (…), ale czymś wyobrażeniowo konkretnym na wzór doświadczanej codziennie rzeczywistości. To, co konkretne, jest zawsze skończone, ma swoje granice, które gwarantują tożsamość bytową tego, co w nich zawarte pośród innych elementów. A.Stoff , jw., s.9
[4] A.Stoff , jw., s.9-10
[5] Tamże, s.12
[6] Yi-Fu Tuan – Wyrazistość wizualna: Kreowanie miejsca, w: tegoż – Przestrzeń i miejsce, tłum. A.Morawińska, Warszawa 1987, s.216-217
[7] A.Stoff , jw., s.12
[8] A.Stoff, jw.,s.11, Poza tym badacz zaznacza, iż nazwowe utożsamianie miejsc w tych dwu odrębnych porządkach [czyli przestrzeni literackiej i rzeczywistej] nie przesądza stopnia szczegółowości podobieństwa. Wierne wobec pierwowzoru rysowanie tła zdarzeń może nawet rychło przerodzić się w namiastkę przewodnika i być odczuwane przez czytających jako zbytek skrupulatności. Tamże, s.14
[9] A.Stoff , jw., s.19
[10] Dokładny wykaz nazw topograficznych pojawiających się w Typach i obrazkach krakowskich podaje Renata Dźwigoł w swej pracy „Typy i obrazki krakowskie” Michała Bałuckiego – realizm świata przedstawionego a realizm języka [w:] Świat Michała Bałuckiego, red. T.Budrewicz, Kraków 2002

piątek, 2 listopada 2018

KRAKÓW 1900 - wystawa

W Kamienicy Szołayskich w Krakowie można podziwiać wystawę, która przeniesie nas w sam środek magicznego czasu...


Nie ma nic piękniejszego (a przynajmniej długo trzeba się zastanawiać, by coś znaleźć) niż przełom XIX i XX wieku w Krakowie. Z jednej strony konserwatywne mieszczaństwo, którego przedstawiciele zyskali pogardliwe miano filistrów, z drugiej - cyganeria artystyczna. Plus rozwój Szkoły Sztuk Pięknych, Teatru Miejskiego pod rządami Pawlikowskiego, tygiel literacki z Kazimierzem Przerwą-Tetmajerem na czele, działalność Stanisława Wyspiańskiego, towarzyskie spotkania w Cukierni Lwowskiej, dekadenci i chłopomania...

Wśród prezentowanych obrazów można podziwiać płótna między innymi Wojciecha Weissa, Olgi Boznańskiej, Juliana Fałata, Jacka Malczewskiego. Jest tu studium do obrazu "Gra w krokieta" Leona Wyczółkowskiego - niewielkich rozmiarów działo, na którym urzekają światło i kolorystyka.

Można prześledzić zainteresowania sportowe mieszkańców Krakowa, stroje, obejrzeć dziecięce zabawki, meble i plakaty reklamowe z początku ubiegłego wieku.

Warto dać się na kilka godzin porwać w tę podróż, przenieść sto lat wstecz i spojrzeć na miasto oczami bohaterów "Wierzei Czasu". Bo przecież oni też chadzali tymi ścieżkami...

Informacje o wystawie.

piątek, 19 października 2018

"Wierzeje Czasu" - fragment

Kraków, Ogród Profesorski, 23 sierpnia 2013 rok


            Siedli na jednej z ławek przy bramie ogrodu. Naprzeciwko siebie mieli srebrzysty zegar słoneczny, który w tych wczesnych godzinach przedpołudniowych odbijał drgające promienie centralnej gwiazdy. Zieleń bluszczu ścielącego się wokół ścieżki i intensywna barwa krzewów hortensji stanowiły ciekawy kontrast z ceglaną połacią zewnętrznych murów Collegium Maius.
            Gdy przebrzmiały ostatnie takty „Gaudeamus”, oboje sięgnęli po własne dzienniki podróży, by zapisać w niech relacje z dzisiejszego poranka. Ale jak ubrać w słowa widok śmierci drugiego człowieka? Christian wpatrywał się w czystą kartkę próbując zebrać myśli. Wciąż miał przed oczyma tę przerażoną twarz. Wciąż słyszał zgrzyt metalu i krzyk człowieka. Choć tego ostatniego nie był pewien. Może tylko jego wyobraźnia dodała do całej kakofonii dźwięków i ten, który tak pasował do rozwartych ust i strachu wyzierającego z oblicza kierowcy.
Niejednokrotnie stał już twarzą w twarz ze śmiercią i nie był to tylko czysty frazes. Widział umierających ludzi, kilku z nich znał, z dwoma łączyła go przyjaźń. Jednak jeszcze żadna z tych sytuacji granicznych nie wywarła na nim takiego wrażenia. Teraz próbował uzmysłowić sobie, dlaczego akurat dzisiejszy wypadek tak bardzo nim wstrząsnął…
Dopiero cichy okrzyk Eliris, który wdarł się do jego świata, przerwał ten potok myśli.
Podąży za jej spojrzeniem. Wpatrywała się w jego dziennik. Pochyliła się, by lepiej obserwować brązowe plamy rozlewające się po kartce. Wyglądały tak, jakby ktoś nieuważny upuścił kilka kropli kawy. Po chwili brązowe kleksy zaczęły przybierać wyraźne kontury.
            Na pustej stronie rozłożonego dziennika zaczęły pojawiać się litery stawiane pospiesznie niewprawnym pismem. Wpatrywali się oboje, jak kolejne słowa układały się w zdania.

            Sprawdziłem doniesienia prasowe również z daty poprzedzającej wasze zlecenie. To ta moja zbytnia drobiazgowość. W jednym miejscu pojawia się informacja o dwóch świadkach wypadku. Poszukiwani są przez policję w celu złożenia zeznań. Kobieta i mężczyzna. Rysopis mężczyzny i jego portret pamięciowy przedstawiają ciebie. Gdybym miał identyfikować kobietą podałbym nazwisko Eliris Vermeer, a przynajmniej jej wizerunek sprzed lat. Ale w zawirowaniach czasu to możliwe. Radziłbym zatem uważać, bo policja bardzo usilnie poszukuje świadków. A z powyższego wynika, że był jeszcze ktoś trzeci, kto widział całą sytuację. Nie udało mi się niestety odkryć, kim jest ta osoba. Obstawiałbym, że przyjaciel to raczej nie jest. I powodzenia –  cokolwiek tam porabiasz.

"Wierzeje Czasu" - już są!