piątek, 12 lipca 2019

"Walizka" - opowiadanie

100-lecie AGH to czas podsumowań i wspomnień. To również okazja, by wprowadzić dreszczyk emocji i na tle wiekowej historii umieścić zgrabną kryminalną intrygę. 

A więc - posłuchajcie...



„Walizka”

            Wrzask, który niespodziewanie rozległ się w pustym korytarzu, mógł być równie dobrze oznaką panicznego strachu, jak i okrzykiem zwycięstwa po wygranej partii pokera.
            Robert gwałtownie poderwał głowę zastanawiając się, czy na długo przysnął. Zegar wskazywał kwadrans po drugiej nad ranem. Gdy ostatnio sprawdzał godzinę było kilka minut przed północą, a potem tak się skupił na wykreślaniu kolejnych linii, że zupełnie stracił poczucie czasu. I chyba odpłynął, stwierdził niezadowolony rozcierając piekące oczy. W szklance z kawą pozostała już tylko gruba warstwa fusów, nawet nie wiedział, kiedy wypił tę siekierę, ale jak widać niezbyt zadziałała. Rozejrzał się szukając papierosa. Znalazł niedopałek w popielniczce na podłodze… No tak, starał się go trzymać jak najdalej od płachty, bo byle strzęp popiołu na idealnie białym arkuszu i dziadyga nie przyjmie mu pracy na zaliczenie. A pojutrze upływał ostateczny termin. Nie, przecież już jest wtorek, czyli ma jeszcze dzień na skończenie. Kurde, kurde i kurde! Trzeba było nie balować cały weekend, tylko zabrać się do roboty, ale trudno było się zmusić do ślęczenie przy stole kreślarskim, skoro koledzy z pokoju obok oblewali podwójne imieniny i serwowali domową przepalankę.
            No to teraz ma.
            Zaciągnął się i wypuścił dym pod sufit. O otwieraniu okna nie było nawet co marzyć. Mietek od razu by się zbudził i zaczął narzekać na przeciąg i biadolić, że znów dostanie zapalenia ucha. Boże, jakiż przewrotny los nasłał ich na siebie? Przecież Miasteczko Studenckie Agiehu miało setki pokoi i że też musieli wylądować pod tym samym numerem. Co prawda na sam akademik nie było co narzekać. Taki dziwny twór koedukacyjny, w którym w dodatku prócz studentów mieszkali doktoranci, a to z kolei był istny dar losu. Czasem za paczkę lepszych papierosów dało się ich namówić na zrobienie jakiejś pracy i zaliczenie było gwarantowane. Z samym Mietkiem natomiast… Maminsynek, elegant, formalista i moralizator. I jeszcze wszystko zawsze miał na czas, na każdym wykładzie był, na ćwiczenia i laboratoria zawsze przygotowany, a co najgorsze – mierną inteligencję nadrabiał pierońską pracowitością i miał stypendium, menda jedna.
            Rumor, który Robert już od jakiegoś czasu notował na skraju świadomości, zaczął się przybliżać. Zgasił niedopałek i skupił się na wsłuchiwaniu w nocne odgłosy, które, nie wiedzieć czemu, zaczęły nabierać złowrogich wibracji. Hałas zbliżał się i rozbudzał kolejne pokoje. Jakieś kotłowania i pokrzykiwania, nerwowe kroki na korytarzu. Nad nimi też coś się działo, słychać było szuranie, ktoś przewrócił krzesło, skrzypnęła zdezelowana szafa. Trzaskało coraz więcej drzwi.
            Robert podniósł się w końcu z krzesła i przeciągnął. Czuł zdrętwiałe mięśnie pleców, kark miał zupełnie sztywny. Jęknął próbując obrócić głowę w prawo i w lewo. Podszedł do drzwi zaciekawiony, co też się dzieje. Nie zdążył chwycić za klamką, gdy z impetem wpadł do pokoju Janusz.
            – A wy, kurwa, jeszcze śpicie?! Zbierać się i trzeba wypierdalać stąd!
            – Bo…? – Robert nic nie rozumiał.
            – No bo, kurwa, się pali! Brać co się da i na zewnątrz! – krzyknął i poleciał dalej.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Trasa Obronności w Krakowie

Na przestrzeni wieków Kraków pełnił funkcje obronne, jego fortyfikacje były wznoszone, modernizowane i niszczone… Na szczęście pozostało z nich choć tyle, by odbyć krótką wycieczkę i ożywić w wyobraźni średniowieczny gród. 


Muzeum Krakowa (dawne Muzeum Historyczne Miasta Krakowa) proponuje trójetapowe zwiedzanie "Trasy Obronności". Trasa dobrze opisana jest w broszurze, którą dostajemy przy zakupie biletu, a dodatkowych wiadomości dostarczają opisy i tablice, które mijamy podczas zwiedzania. Całość zajmuje około 1,5 godziny. 

Więcej informacji na stronie Muzeum: https://www.muzeumkrakowa.pl/wystawy/trasa-obronnosci



BARBAKAN

Jeden z najlepiej rozpoznawalnych symboli Krakowa i jeden z najważniejszych punktów w dawnym systemie umocnień miasta. Budowla powstała pod koniec XV wieku na planie koła o wewnętrznej średnicy około 24 m. 

Poza tym - to właśnie pod Barbakanem znajdują się jedne z Wierzei Czasu. Nie wierzycie? Przeczytajcie więc powieść i poznajcie Kraków, którego istnienia nawet nie podejrzewacie…





 

 


BRAMA FLORIAŃSKA I MURY OBRONNE

Niewiele pozostało z dawnych murów obronnych i gdyby nie interwencja Feliksa Radwańskiego w 1817 roku - Brama Floriańska z przyległościami z pewnością podzieliłaby los rozebranych murów miejskich. Przekonując senat Rzeczypospolitej Krakowskiej Radwański uciekł się do zabawnego argumentu: 
„Chronią one (tj. mury) przed wiatrami wiejącymi pod Kościół Mariacki od Kleparza. Niedobre to wiatry, bo smrody i śmieci znosić będą, a także bezbożnie podwiewać spódnice Paniom Matkom i Żonom”
Jak widać każda epoka ma swą własną logikę. 

Ganek między basztami

Widok na Basztę Pasamoników

Kaplica Czartoryskich

Widok na ulicę Floriańską z Kaplicy Czartoryskich

Brama Floriańska widziana z Barbakanu

Baszta Pasamoników

Ganek między basztami


CELESTAT

Siedziba Krakowskiego Bractwa Kurkowego przy Parku Strzeleckim. Obecnie prócz ekspozycji dokumentującej działalność Bractwa w pałacyku wystawiane są szopki krakowskie (w 2018 r. wpisane na Listę reprezentatywną niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO).


Popiersie Marcina Oracewicza przed Celestatem



Popiersie Wincentego Bogdanowskiego

Park Strzelecki

niedziela, 26 maja 2019

Kraków we wspomnieniach z XIX wieku

Książką, która daje barwny i porywający obraz Krakowa połowy XIX wieku, jest publikacja Marii Estreicherówny "Życie towarzyskie i obyczajowa Krakowa w latach 1848-1863". 


Z obwoluty można się dowiedzieć, że autorka - pochodząca ze znanej krakowskiej rodziny - jako jedna z pierwszych kobiet otrzymała doktorat z filozofii, ponadto była pierwszym doktorem anglistyki w Polsce. Pozostawiła po sobie wiele cennych rękopisów, a jej książka o Królewskim Mieście, powstała pod wpływem namowy Józefa Muczkowskiego (prezesa Towarzystwa Mikłośników Historii i Zabytków Krakowa) pierwszy raz ukazała się drukiem w roku 1936. 

Maria Estreicherówna sugestywnie opisuje zarówno miejską przestrzeń, jak i relacje społeczne, obyczaje i życie kulturalne tamtych czasów. Publikacje uzupełniają ryciny z epoki. 

Również język ma swój udział w snuciu historii sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat. Rzetelna wiedza i faktografia podane są w gawędziarskim tonie opowieści przy dobrej, aromatycznej herbacie. I tak tez można czytać te "pamiętniki" - jako zapis ulotnych chwil, które talent attorki na chwilę znów przywołał i ożywił.
A jedną z tych opowieści można zacząć tak: "Kobietom utrudniały dalsze spacery konwenanse, korki i krynoliny..." Czyż to nie porywające wprowadzenie do nowej opowieści? 




piątek, 12 kwietnia 2019

Kraków Stanisława Wyspiańskiego

Już tylko trzy tygodnie pozostały do zamknięcia wystawy poświęconej Stanisławowi Wyspiańskiemu.



Wystawa ta zorganizowana w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie otwarta została 28 listopada 2017 roku – w rocznicę śmierci artysty.
Ale koniec wystawy to nie powód, by porzucić zainteresowanie osobą, która związała swe życie z Krakowem i sporadycznie pojawia się na kartach „Wierzei Czasu”.
Poniżej zestawienie lokalizacji – wirtualnych i rzeczywistych, które pozwolą na spacer po Krakowie śladami Stanisława Wyspiańskiego.



 Znalezione obrazy dla zapytania wyspiański

piątek, 15 marca 2019

"Terra" - opowiadanie

Poniżej zamieszczam opowiadanie, które zostało wyróżnione w konkursie literackim SERCE KAPSUŁY CZASU organizowanym przez Fundację TWORZYMY KRAKÓW
Tekst znalazł się wśród tzw. Zwycięzców Wyróżnionych, których prace zostaną zdigitalizowane, zapisane na obecnie znanych nośnikach pamięci i złożone w „Kapsule Czasu” w formie cyfrowej. 


„Terra”
To nie był dobry moment. Gdyby tylko wyruszyła pięć minut wcześniej – zdołałaby uniknąć tego spotkania. A tak…?
Przywarła do ziemi licząc, że nagrobek dokładnie skryje jej postać, a bura, mocno zniszczona kurtka wtopi się w szarawe tło. Starała się uspokoić oddech i nie trącić wyschniętych liści, których szelest mógłby zaalarmować nowoprzybyłych. Ich było czterech, a ona tylko jedna. W bezpośrednim starciu nie miała najmniejszych szans.
Dlatego musiała przeczekać.
Szabrownicy widocznie byli albo zbyt znudzeni, albo zmęczeni zbliżającym się ku końcowi dniem, albo też na tyle dobrze im się powodziło, że mogli sobie pozwolić na niedbałość. Chodzili między nagrobkami rozglądając się pobieżnie, zajrzeli do kilku skrzynek zainstalowanych przy małych ławkach, ale w nich już od dawna niczego nie było. Wiedziała o tym doskonale. Wszak cmentarz przy kościółku świętego Jakuba na Stradomiu znajdował się najbliżej czegoś, co mogła nazwać domem. Wielokrotnie go już przeszukała. Zresztą nie tylko ona.
Znała innych, którzy nie zdecydowani się na exodus i pozostali w swoich domach. Zresztą, co by przyniosła wędrówka na południe? Tam nikogo nie znali, nie znali topografii, języka, zagrożeń… Tu przynajmniej niebezpieczeństwa były oswojone.
Wreszcie, po niecałym kwadransie, obcy oddalili się. Teraz należało szybko działać. Podniosła się z ziemi i pochylona przemknęła między nagrobkami. W końcu dopadła grobowca z początku XXI wieku. Przyklękła obok i pchnęła jedną z bocznych płytek.
Prawie westchnęła z ulgą, gdy włożyła do środka dłoń i trafiła na pozostawiony wczoraj foliowy woreczek. Wszystko było na miejscu!
To było ryzyko zostawiać tu fanty, ale wczoraj miała towarzystwo. A zdobycz była zbyt cenna, by się nią dzielić.  
Szaruga dnia przemieniała się powoli w nieprzeniknioną ciemność nocy. Nie rozświetlały jej uliczne lampy ani poświata z okolicznych domów.
Przeskakując wyrwę w murze cmentarza nie mogła wyrzucić dźwięczących jej w głowie wersów Apokalipsy. „I słońce stało się czarne jak włosienny wór, a cały księżyc stał się jak krew. I gwiazdy spadły z nieba na ziemię…”
Cóż… Mówiono, że II wojna światowa była tym czasem, ale nie… Apokalipsa nadeszła dopiero 2043 roku, gdy nieudana próba zestrzelenie meteorytu pokryła Ziemię ogniem i popiołami. A ci, którzy przetrwali, musieli się zmierzyć z najgorszym koszmarem.
Finis Terra.
Otrząsnęła się z przykrych wspomnień. To nie czas na rozpamiętywanie nieuniknionych wyroków losu. Poprawiła ukryty pakunek i uśmiechnęła się do siebie.
Choć świat się kończył, przynajmniej nie zabraknie im ognia. Zapalniczka i dwa nowe wkłady do zniczy były bezcennym skarbem.

*

Delikatny szum listowia kołysał ją do snu. Młoda lipa posadzona na wzgórzu nad miastem zastąpiła tę, którą ponad pół wieku temu roztrzaskały pioruny. Przecież to było drzewo herbowe, czyli niezbędne w tym idealnym krajobrazie.
Nie było się gdzie spieszyć… Nie było nic pilnego do zrobienia… Czas płynął leniwie w takt bzyczenia pszczół…
Siewca siedział obok oparty plecami o pień drzewa i czekał na jej decyzję.
– Czy zawód przydatny społecznie jest tym, co mi sugerujesz? – spytała po dłuższej chwili wracając do przerwanej rozmowy.
– Niczego nie sugeruję – zastrzegł. – Ja tylko poddaję pod twoją rozwagę opcje, które wynikają z wcześniejszych ustaleń. Wysiewam ziarno myśli i wariantów. Wrodzone predyspozycje, zainteresowania, cechy psychofizyczne… To wszystko tylko podpowiedzi. Najważniejsze dla społeczeństwa jest, byś wybrała taką profesję, która pozwoli ci się rozwijać, dostarczy satysfakcji z dobrze wykorzystanych możliwości, da maksymalne odczucie szczęścia.
– Czy wiesz, że jeszcze pięćdziesiąt lat temu dążenie do szczęścia było tylko czczą mrzonką? To znaczy: było niewymierne i bardzo intuicyjne… – nie bez dumy podkreśliła swe zainteresowanie socjohistorią. – Ludzie miotali się w swojej pracy, wypalali walcząc o lepsze zarobki, pozycję, prestiż, uczestniczyli w wyścigu szczurów mając za nagrodę tylko złudne poczucie wygranej. I nic więcej…
– Tak. Ale stanąć na skraju przepaści i zajrzeć w głąb otchłani to przeżycie pokoleniowe. Dobrze, że ludzkość była na tyle…
– Chyba nie powiesz: mądra.
– Nie… – siewca uśmiechnął się z lekkim przymusem. – W tamtym momencie to nie była kwestia mądrości, lecz instynktu samozachowawczego… Na szczęście mamy rok 2068 i kwestia dopasowania zawodowego nie stanowi już problemu. Więc jaką decyzję podejmiesz?
– Hmmm… – mruknęła. – Może zostanę historykiem literatury…? Czytałam ostatnio Miltona. Twierdził, że nie ma raju innego, niż raj utracony.
Siewca zaśmiał się teraz zupełnie otwarcie.
– Jak widać, każdy się może pomylić. Rozejrzyj się wokoło…
– Terra Repromissionis – rzekła odgadując jego intencję.
– Właśnie. Udało nam się odnaleźć ziemię obiecaną.

*

Fobos i Dejmos wschodziły nad pokrytym różowym pyłem horyzontem. Strach i trwoga… Widok dwóch księżyców Marsa stracił już sporo ze swej pierwotnej atrakcyjności. Tak to z nowościami bywa, zwłaszcza tymi długo wyczekiwanymi – zbyt szybko powszednieją.
Umiejscowienie kopuł w jednym z mniejszych kraterów wtórnych przy Holdenie było nieprzypadkowe. Zresztą przy tym projekcie niczego nie pozostawiono w rękach losu. Ani lokalizacji, ani firmy transportowej, ani składu poszczególnych grup zadaniowych. Ani nawet menu, co z pewną dozą zniechęcenia stwierdziła Jana, młodszy technik czwartego zespołu.
Lawirując między stolikami szybko podeszła do zwolnionego dopiero co miejsca przy oknie. Przynajmniej lunch zje z widokami, co prawda to tylko drobna rekompensata za brak smaku potraw, ale lepsza taka niż żadna…
– Nie odniosłaś próbek!
Ręka z widelcem zawisła w połowie drogi. Jana westchnęła, odłożyła sztućce i ze źle skrywaną niechęcią spojrzała na stojącego przy stoliku technika.
– Odniosłam – dobitnie zaakcentowała.
– Nie ma ich w bazie danych. Nie ma ich na stole. Nie ma ich również w koszyku. To ciekawe, gdzie się znajdują? – jad w głosie rozmówcy nie pozostawiał wątpliwości, na czyje konto pójdzie to przewinienie.
Jana przesunęła w jego stronę leżący na stole czytnik.
– Wprowadzone dwudziestego pierwszego marca 2093 roku według czasu uniwersalnego, podpisane. Wszystko zgodnie z procedurą.
– Nie ma ich w bazie – powtórzył adwersarz.
– Bo jakiś jełop nie odhaczył!
Stojący nad nią technik raz jeszcze zerknął na czytnik. Postukał w swój ekran, odwrócił się i odszedł bez słowa.
Jana westchnęła. Ponoć głupców nie sieją, zwłaszcza w bazach marsjańskich. Do projektu Terra Rosa kandydaci byli wybierani bardzo starannie. Ale cóż… Zawsze znajdzie się wyjątek potwierdzający regułę.

*

 – I to już koniec? – W głosie mężczyzny słychać było rozczarowanie. Wciągany przez kolejne historie został naraz brutalnie wyrzucony poza ich obszar. Potrząsnął głową, by przegnać sprzed oczu ostatnią wizję. – To autentyki? – Chciał się upewnić.
– Tak… Wszystkie trzy – potwierdziła stojąca naprzeciwko bibliotekarka.
– Więc mamy postapokalipsę, arkadię i utopię naukową. I tak wyobrażali sobie nasi przodkowie przyszłość? W tych uogólnieniach widzieli  jutrzejsze losy świata?
– Zazwyczaj. Mogę jeszcze wyszukać kolejne przykłady, do 2118 roku powstało ich tysiące, ale nie będą się znacząco różnić od tych właśnie zaprezentowanych. Jakoś, nie wiedzieć czemu, kreacje przyszłości trzymały się pewnych schematów. Może najważniejsza była przestroga, tęsknota lub marzenie…?
– Tak… Albo po prostu to, co jest naszym udziałem, nie mieściło im się w głowach – podsunął, ale bibliotekarka już zniknęła.
Wyszedł z budynku i uniósł twarz ku Słońcu. Ta sama gwiazda od tysiącleci oświetla Ziemię. Choć teraz to zupełnie nowy, nieznany obszar. Cofnął się myślą sto lat wstecz. Pomysły dawno nieżyjących już pisarzy śmieszyły go i rozczulały. Ale kimże on jest, by z wyższością i tą nuta pobłażania spoglądać na antenatów? Jaką ma nad nimi przewagę? Żadną.
Przecież ta opisywana przez nich przyszłość w ogóle nie nadeszła. A to, z czym przyszło się ludzkości mierzyć, to dla wszystkich Terra Incognita.
Na szczęście! Tak: na szczęście.

*  *  *

"Wierzeje Czasu" - już są!