poniedziałek, 18 czerwca 2018

"Depozytariusz" - opowiadanie

– Nie możemy go znaleźć.
Daniel Parrer wolno podniósł wzrok znad przeglądanych właśnie dokumentów i zatrzymał go na stojącym po drugiej stronie biurka rozmówcy.
Wysoki barczysty mężczyzna z blizną przecinającą lewą skroń wzdrygnął się mimowolnie pod ciężarem zimnego spojrzenia szefa korporacji. Wiele plotek o nim krążyło.  O jego bezwzględności, pamiętliwości, przywiązywaniu nadmiernej wagi do pozornie błahych szczegółów, o mściwości względem nieudolnych podwładnych. I wreszcie – o hojności względem tych, którzy całkowicie się podporządkowali.
Ile było w tym prawdy, a ile zmyśleń i niedomówień? Stojący przy wypolerowanym mahoniowym biurku zwierzchnik bractwa nie miał ochoty się nad tym zastanawiać. Przyjął zlecenie. Zgodził się na stawiane warunki i zaakceptował wysokość zapłaty. W tej chwili, zgodnie z ustaleniami, składał codzienny raport. Według jego własnej oceny była to zbyteczna formalność odciągająca uwagę od poszukiwań wyznaczonego obiektu. Jednak zdawał sobie sprawę, że dyskusja z Parrerem nie wchodzi w grę. On działał według sobie tylko znanego planu, natomiast im, członkom bractwa, wyznaczył konkretne zadanie do wykonania. Mieli znaleźć i zlikwidować klon Eliana Werndiego. Ale wcześniej powinni zabić samego historyka.
Musieli się spieszyć. Dano im nieprzekraczalny termin. Pozostało jeszcze niecałe czterdzieści osiem godzin. Jeśli w wyznaczonym czasie wykonają zadanie – premia będzie sowita. Natomiast jeśli zawiodą… Mężczyzna opanował się, by na tę myśl nie podnieść ręki do gardła. Mogą zapłacić za to własnymi głowami.

Daniel Parrer wciąż z nieodgadnionym wyrazem twarzy spoglądał na swego gościa.  W końcu położył na blacie małą kartkę i wolno przesunął ją w kierunku asasyna.
– Jest pod tym adresem – rzekł.
Zabójca sięgnął po świstek papieru. Spojrzał na nazwisko i zaznaczoną poniżej profesję. Depozytariusz. To oznacza komplikacje. Duże komplikacje… Jednak skinął głową potwierdzając przyjęcie wiadomości.
Był już przy drzwiach, gdy dobiegł go jeszcze wyraźny, dźwięczny głos.
– I żeby nie pozostał żaden ślad. A zwłaszcza… żadne wspomnienie.

*

– Salam alejkum, piękna dziewczyno!
– As-salam.
To były ostatnie słowa, jakie udało się pochwycić, nim ciężar osobowości Eliana Wernediego pociągnął jego duszę w głąb umysłu depozytariusza. To, oraz blask niesamowitych, turkusowych oczu. Teraz będą drogowskazami, nicią wiążącą obszary pomiędzy cudzym życiem a świadomością istnienia zewnętrznej rzeczywistości.
Gdy się ocknął, Wernediego już nie było. Starszy mężczyzna wyszedł równie nagle, jak się pojawił. Tego wiosennego dnia wszystko zdawało się być nieoczekiwanym splotem przypadkowych wydarzeń. A to, jak Jack Cutter wiedział z doświadczenia, zwiastowało nieuniknione kłopoty.
Samo przybycie niezapowiedzianego gościa zaskoczyło go. Niewielu ludzi wiedziało, że Jack jest depozytariuszem. To należało do tej profesji, tak samo zresztą jak pełna dyskrecja w sprawie klientów. Wszystkie powierzone mu wspomnienia były chronione przez bariery umysłu. Mógł zagwarantować, iż każda ze zdeponowanych u niego części duszy trafi w wyznaczonym miejscu i w określonym czasie do wskazanego beneficjenta.
Dlatego też spisywanie kontraktów poprzedzających złożenie depozytu trwało nieraz całe tygodnie i miesiące. Umowy były obwarowane dziesiątkami klauzul, zastrzeżeń i wariantów. Klienci chcieli mieć pewność, że to, co oddali na przechowanie, przetrwa w niezmienionej formie i trafi do miejsca przeznaczenia.
Jednak wydarzenia tego poranka mocno go zaniepokoiły. Jeśli Elian Wernedi zdecydował się obarczyć go swą prośbą i powołać się na dług zaciągnięty jeszcze w dzieciństwie – musiał mieć ku temu nie lada powód. I to właśnie było najbardziej zastanawiające. Dla Jacka, mimo dzielącej ich różnicy wieku, Elian pozostawał niedoścignionym wzorem, ideałem, który całe wieki temu pojawił się na chwilę w jego dziecinnym świecie, by wyratować go z opresji i zniknąć na kolejne dwadzieścia lat. Ale podczas tego jednego jedynego spotkania Jack, wiedziony naiwną wdzięcznością, obiecał Elianowi, że gdy tylko będzie potrzebował pomocy, to on, wszelkimi dostępnymi sposobami, postara się jej udzielić.
I właśnie dziś przyszło mu dotrzymać danego przed laty słowa.
Bez zapowiedzi i przygotowań, bez konsultacji umowy i rady prawników, on, Jack Cutter, łamiąc wszystkie własne zasady, zgodził się przyjąć do siebie duszę Eliana Wernediego. W całości. Wspomnienie bólu było równie realne jak sam ból.
Zdecydowanie… Nie należało podrywać się rano z łóżka na ostry dźwięk dzwonka. Nie należało otwierać drzwi i zapraszać niespodziewanego gościa do środka. I już na pewno nie należało godzić się na spłacenie dziecinnego długu…

*

Dzwonek rozbrzmiewał natarczywie we wnętrzu przestronnego mieszkania.
Jack niechętnie otworzył oczy. W pokoju panował całkowity mrok. Szczelne rolety nie przepuszczały do wnętrza promieni porannego słońca. Rzut oka na podświetlany panel przy łóżku wystarczył, by skrzywić się z niesmakiem. Któż, u diabła, nachodzi go o szóstej rano? Co to za pora na odwiedziny? Postanowił zignorować intruza.
Jednak po chwili znów przy drzwiach wejściowych rozległ się głośny sygnał.
Mężczyzna niechętnie wstał i ruszył korytarzem. Zapinając po drodze guziki koszuli starał się przegonić z myśli obrazy z wczorajszego przyjęcia. Błysk iluminacji, głośne rozmowy, śmiech uwieszonej u jego ramienia blondynki… Jak ona miała na imię? Aliana? Allara? Potrząsnął głową przeganiając resztki snu. Rozejrzał się szybko po nieskazitelnie czystym salonie. Czy dziewczyna jeszcze tu jest? Pamiętał, że przyszli do niego późno. Późno? Niecałe cztery godziny temu. Jednak w mieszkaniu nie było już śladu po jej bytności. Musiała wyjść tuż po tym, jak zasnął.
Dzwonek odezwał się po raz kolejny. Próbował opanować rosnącą irytację. Kimkolwiek była osoba tak niecierpliwie dobijająca się do jego drzwi – należało ją jak najszybciej i względnie jak najuprzejmiej odesłać do jednego z prawników. Już oni sobie poradzą z … Nieważne zresztą z kim. W końcu za to im płacił, za odciążanie jego wolnego czasu.
            Podszedł i nie zerkając nawet na ekran czytnika mocnym szarpnięciem otworzył drzwi.
– Jeśli chciał pan… – zaczął.
Jednak wystarczyło mu jedno spojrzenie w brązowe oczy ukryte za przesłoną starodawnych okularów, by zamarł.
            Pamiętał ten wzrok.
            Z odległych zakamarków własnej świadomości wydobył wspomnienie z dzieciństwa. Nigdy nie przepadał za nardalami. Mechaniczne zabawki imitujące fantastyczne zwierzęta nie mogły się według niego równać z posiadaniem własnego żywego psa czy nawet żółwia. Jednak mimo wszystko nie mógł się pogodzić z bezmyślnym okrucieństwem. Na dziedzińcu szkolnym wdał się w bójkę z dwoma starszymi uczniami tylko dlatego, że potraktowali nardale jak piłki do gry. Skopali je, powyrywali odnóża i obserwowali ze śmiechem jak pełzają w kierunku właścicieli. Wierne i lojalne do końca.
            Przegrałby niewątpliwie, gdyby w burdę nie wtrącił się przechodzący obok mężczyzna. W oczach Jacka był już prawie że starcem. Ile mógł mieć wówczas lat? Czterdzieści pięć, sześć? Bez znaczenia. Dla niego wówczas było ważne, że znalazł poparcie kogoś, kogo jego dwaj przeciwnicy się obawiali.
            I wówczas, kierowany siłą swej dziesięcioletniej, naiwnej wdzięczności, obiecał…
– Elian Wernedi – rzekł wolno. Niedowierzanie konkurowało z zaskoczeniem.
Stojący na progu mężczyzna uśmiechnął się. Ale jego oczy się nie śmiały, gdzieś na dnie czaiły się smutek i zmęczenie. Siwizna przyprószyła ciemne niegdyś, krótko przystrzyżone włosy, zmarszczki poorały twarz, jednak to z pewnością był Wernedi.
– Czy jesteś człowiekiem honoru? – spytał gość zasiadając na wskazanym fotelu.
– Sądzę, że tak… – niepewność Jacka wciąż rosła.
Chociaż nie chciał się do tego przyznać, onieśmielała go obecność starszego mężczyzny. A przecież przed nikim nie czuł skrępowania. To on wyznaczał innym role do odegrania i zawsze kontrolował rozwój sytuacji. Jako depozytariusz był na tyle dobrym psychologiem, by jego działania i drobne manipulacje pozostawały niezauważalne dla innych. Wystarczyło drobne słowo, gest, czasami nawet spojrzenie…
            A teraz spoglądał na nieprzeniknione oblicze Eliana Wernediego i nic nie mógł z niego wyczytać.
– Jeśli jesteś człowiekiem honoru, powinieneś również dotrzymywać danego słowa. Pamiętasz mnie. Musisz więc również pamiętać obietnicę, jaką dałeś mi przed laty.
– Tak. Pamiętam.
– Zechciej więc spłacić zaciągnięty dług.
– W jaki sposób? – spytał, choć i tak domyślał się już odpowiedzi.
– Przyjmij w depozyt mą duszę.

*

Przekazanie depozytu zawsze przebiegało podobnie. W umówionym dniu, o wyznaczonej porze przybywał zapowiedziany klient i zasiadali naprzeciwko siebie w głębokich fotelach. Duży salon położony na najwyższym piętrze kondominium w dorzeczu Amazonki wyrastał ponad wierzchołki drzew lasu równikowego. Panoramiczna szyba odsłaniała widoki rozciągające się aż po linię horyzontu, bujna zieleń roślin stykała się  z jasnym błękitem czystego nieba. Od czasu do czasu na okolicznych wspornikach przysiadały papugi i tukany, czasem pojawiały się mechaniczne kolibry, zaprojektowane by krążyć wokół wieżowca i swą obecnością podkreślać autentyczność tego miejsca.            Ich intensywne upierzenie wyróżniało się na tle szarej fasady budowli. Ostre słońce przenikało do środka mieszkania i rzucało na podłogę refleksy odbite od trzech cienkich kryształowych słupów stojących przy drzwiach tarasowych.
Wychwycenie cząstki duszy oddawanej do depozytu było sprawą prostszą, niż większości ludzi się zdawało. Dotarcie do pożądanego wspomnienia zajmowało mgnienie oka. Człowiek, mimo swojego egoistycznego przekonania o własnej niezwykłości, był istotą dość przewidywalną. Większość lubiła obnosić swoją osobowość niczym wieczorowy strój  na wyjście do opery.
Znalezienie i odebranie danego przeżycia było kwestią chwili. Należało tylko skopiować je do własnej świadomości. Przypominało to trochę oglądanie nowego filmu oczami siedzącego naprzeciw człowieka. Ale projekcji tej towarzyszyła aktywność wszystkich zmysłów. A więc nie tylko wzrok i słuch odgrywały tu swoje role. Mnogość zapachów, dotyk ciepłego wiatru na skórze, gorzki smak rozgryzionej pestki pomarańczy… To wszystko wypełniało jego umysł depozytariusza. Ale tym, co najbardziej absorbowało jego uwagę i energię były emocje.
To one znaczyły drogę myśli. One wskazywały cele i określały sposoby realizacji marzeń. One nadawały bieg życiu. Wchłonięcie w siebie emocji towarzyszących istnieniu innej istoty ludzkiej było tym, co najbardziej bolesne. Oznaczało bowiem wydanie cząstki własnej duszy i umysłu na łup nieznanego. Dlatego po przejęciu potrzebował czasu, by ukryć tak głęboko, jak to tylko było możliwe, cudze życie. Nie mogło ono mieć bowiem wpływu na jego własną egzystencję. Naiwne życzenia… Bez względu na chęci – obce wspomnienia zawsze odciskały swe piętno. Był tylko obserwatorem, ale nie mógł pozostawać obojętny. Jeśli jego serce kiedykolwiek by skamieniało… Cóż. Oznaczałoby to koniec jego wędrówki.
Jak na razie starał się trzymać własne emocje pod kontrolą. Światu ukazywał tylko jedną stronę medalu. Zawsze uśmiechnięta twarz, zadowolenie z własnego statusu materialnego i pozycji społecznej. Dlatego też niejednokrotnie innym się zdawało, iż w ogóle nie posiada zmartwień i trosk. Jednak głęboko na dnie falowały wzburzone wody oceanu. To tam, pośród sztormów, toczyły bitwy jego osobiste demony.
Proponowane przez depozytariusza usługi były drogie. Bardzo drogie. Pozwalały na beztroskie życie w luksusie. Zatrudniał czterech radców prawnych i dwóch księgowych. Przydawali się, gdy klienci próbowali wywierać na nim jakąkolwiek presję. Wówczas cena szła w górę. Nie lubił, gdy ktoś stawiał warunki i próbował pouczać go w kwestii wypełniania własnych zobowiązań. Zawsze je wypełniał. To dlatego miał starannie wyselekcjonowaną i sprawdzoną klientelę. Rzadko decydował się, by dopisać kogoś nowego do swojej listy. Można było dotrzeć do niego tylko dzięki glejtom polecającym trzech  innych osób znajdujących się w jego wykazie. Ci, co na nim byli, stanowili coś w rodzaju elitarnego klubu – stwierdził z zadowoleniem sięgając po stojącą obok na stoliku szklankę napełnioną zielonkawym płynem.
Dzisiejsze spotkanie go zaskoczyło. Zastanawiał się, czy przeważa irytacja, czy zainteresowanie. Prośba Eliana Wernediego sama w sobie nie była czymś niezwykłym. Jednak wszelkie okoliczności jej towarzyszące…
Jack nie podnosząc się z fotela wezwał swą asystentkę i przekazał jej umowę sporządzoną godzinę wcześniej. Niech prawnicy ją przejrzą i się upewnią, że nie ma żadnych niedomówień. Nie chciał, by lata pracy, jakie poświęcił na budowanie własnej marki przepadły z powodu wydarzenia sprzed ponad dwudziestu lat. Obiecał wówczas spłacić zaciągnięty dług wdzięczności. I dzisiaj został zmuszony, by to zrobić.

*

            Elian Wernedi wędrował niespiesznie alejami wschodniego parku. Według wyliczeń miał dwudziestoprocentową szansę powodzenia. Tak przynajmniej zapewnił go Morton. A jego obliczenia rzadko zawodziły. To i tak dużo – zauważył z wisielczym humorem. Dwudziestoprocentowa szansa przeżycia najbliższej doby sprawiała, że było jeszcze o co walczyć.
            Rozejrzał się wokoło nie starając się wcale zachować dyskrecji. Jeśli go śledzą, to i tak im nie ucieknie. Niech przynajmniej wiedzą, że spodziewa się ataku. Może to da mu kilka dodatkowych minut, może nawet godzin. Klon był już gotowy i czekał zdeponowany w bezpiecznych czeluściach bankowego skarbca. Depozytariusz przejął jego duszę. Niechętnie. W końcu nigdy wcześniej się nie zdarzyło, a przynajmniej on nie słyszał o takim wypadku, by depozytariusz wchłonął w siebie całą osobowość drugiego człowieka. Ale tym razem nie było wyjścia. Szantaż, jakim się posłużył, by namówić Jacka Cuttera na to przedsięwzięcie, nie był zbyt chwalebnym postępkiem. Zdziwiło go nawet, że Cutter mu uległ. Jednak to nie czas ani miejsce na zbędne żale. Stawka była zbyt duża, a najbezpieczniejszym miejscem ukrycia własnych badań była zdeponowana dusza.
            Zmęczony przysiadł na najbliższej ławce. Z pozornym zainteresowaniem obserwował dzieci bawiące się z nardalami. Puchate stworzenia podskakiwały wysoko i lądowały z głośnym sykiem wzbudzając salwy śmiechu. Dzieci biegały wokoło próbując je złapać.
            Jeśli prawdą jest – zastanawiał się – że jeden człowiek może w swoim wnętrzu pomieścić tylko jedną kompletną duszę… Si verum est… Oby Najwyższy mu kiedyś wybaczył. Im dłużej Jack będzie ukrywał w sobie jego depozyt, tym bardziej zbliżać się będzie do granicy szaleństwa. Oby nie zachwiał się na progu światów i nie stoczył w przepaść, bo wówczas wszystko będzie stracone.

*

            W umowie nie było żadnych niedomówień. Była sformułowana w sposób jasny i precyzyjny. Za trzy dni, dokładnie o dwunastej w południe, Jack miał się udać do Banku Collegium i przekazać depozyt do znajdującego się tam klona Wernediego.
            Ciekawiło go, jakim sposobem stary naukowiec zdobył pozwolenie na stworzenie kompletnej kopii. Zazwyczaj ograniczano się do hodowli tkanek i narządów do celów medycznych. Pozwolenia na wykonanie całościowego obiektu wydawano nadzwyczaj rzadko. Przeważnie dostawali je uczeni objęci jakąś nieuleczalną chorobą, których, ze względu na prowadzone właśnie projekty badawcze, nie można było poddać hibernacji. Czym więc Wernedi się ostatnio zajmował? Jack sięgnął po owalny dysk komputera. Od lat sporadycznie interesował się tym człowiekiem, jednak jego informacje były powierzchowne. Nigdy jakoś nie czuł potrzeby, by zagłębić się w jego życie i odkryć motywy postępowania.
            Według zgromadzonych informacji Wernedi pracował dla jednej z korporacji handlowych. Dla humanisty było to dość dziwne miejsce zatrudnienia. Zwłaszcza dla specjalisty od mediewistyki. Jack nie umiał połączyć w jedną logiczną całość informacji wyświetlających się na ekranie. W jaki sposób można w handlu wykorzystać informacje o średniowiecznych wojnach, krucjatach, czy systemach feudalnych? Co historyk może mieć wspólnego z firmą zajmującą się najnowszymi technologiami, która według zakulisowych danych chce przodować w procesie kolonizacji Układu Słonecznego?
            Jack Cutter z niechęcią pomyślał o przyjętym depozycie. Nieprzyjemnie ciążył mu on na dnie umysłu. Strzępy wspomnień i emocji błądziły jeszcze pod delikatną przesłoną, jaką jego świadomość zbudowała wokół duszy Eliana Wernediego. Nie przenikały już  na powierzchnię, jednak wciąż wyczuwał ich obecność. Niepokoiły go. I ciekawiły. Czuł pokusę, by złamać przyjęte zasady i zagłębić się w cudze życie szukając lekarstwa  na dręczące go niepewności i lęki. Bo ważył się na to, co niedopuszczalne. Wchłonął w siebie duszę innego człowieka w całości.
Teraz z niecierpliwością oczekiwał na moment zdania. Liczył godziny i z niepokojem sondował swoje wnętrze w poszukiwaniu pierwszych oznak szaleństwa. Był świadom zagrożenia. Kiedyś, w odległych czasach, gdy dowodem prawdomówności bywały sądy boże, groziłoby mu pomówienie o konszachty z diabłem. Uznano by go za opętanego. Skazany na próbę ognia – nie miałby szans. Tylko śmierć mogłaby przynieść wyzwolenie. I uwolnić wszystkie zgromadzone dusze. Egzorcyzmy były na nic. Odprawiający je ludzie zbyt się bali wkroczyć w ciemne strefy własnych myśli, by skutecznie nieść światło. Zresztą to nie była kwestia dobra i zła, to nie o psychomachię tu chodziło.
Wówczas depozytariusze nie byli świadomi swojej własnej mocy. Wrodzony talent stawał się przekleństwem. Spontanicznie  przejmowali części osobowości napotkanych ludzi, przyjmowali do siebie ich marzenia i obawy, zaglądali w najmroczniejsze zakamarki serc… I nie umiejąc sobie poradzić z nadmiarem wrażeń – pogrążali się w otchłaniach obłędu.
Późniejsze wieki, które pretendowały do miana cywilizowanych, znalazły nazwy dla tego szaleństwa. Schizofrenia. Rozdwojenie. Mnogie osobowości. Jednak pod ich postacią naukowcy i badacze ukrywali tylko własną ignorancję i bezsilność.
Obecnie, w roku 2072, sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Mechanizmy działania depozytariuszy były znane od ponad pięćdziesięciu lat. Choroby psychiczne dalej istniały, od tego ludzkość nie mogła się uwolnić, ale teraz przynajmniej ci, którzy posiadali dar, mogli z niego swobodnie korzystać nie narażając się na szykany ze strony małych duchem.
            Jack z niecierpliwością spojrzał na zegarek. Ponad siedemdziesiąt godzin do zdania depozytu. Na pewno nie uda mu się wysiedzieć tyle w zamkniętej przestrzeni kondominium. Musi się stąd wyrwać. Sięgnął do panelu i wywołał swoją asystentkę.
– Skontaktuj się z Miguelem – zwrócił się do Elizabeth, gdy tylko pojawiła się  w drzwiach. Przelotnie zanotował kolejny kostium z jej nieprzebranej kolekcji. Tym razem krwistoczerwony. Niechybna oznaka złego humoru, który starała się ukryć. Jack uśmiechnął się w myślach potwierdzając słuszność własnej decyzji. –  Niech za godzinę będzie gotowy do wypłynięcia. Mam ochotę powiosłować w górę Amazonki.

*

            Otaczali go jak sfora zgłodniałych wilków swą ofiarę w zimową noc. Powoli i nadzwyczaj skutecznie. Ostrożnie. Nie dało się znaleźć luki w ich działaniach. Elian Wernedi obserwował te zabiegi z zadowoleniem i czekał na kolejny ruch.
Zbliżała się czternasta godzina od opuszczenia przez niego apartamentu Jacka.  Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem. Łowcy wysłani przez Parrera skoncentrowali się na celu i dzięki temu stracili z pola widzenia to, co w tej chwili zdawało się najbardziej istotne – przyszłość.
Trudno było precyzyjnie określić, czy to jeszcze dzień, czy już zmierzch. Rozmyta granica między ciemnością a jasnością spowodowała, że Elian znalazł się w momencie zawieszenia. To była dokładnie ta chwila, w której dopadały człowieka jego największe lęki. Drobna, niekontrolowana myśl wystarczała, by przechylił on szalę swego istnienia na jedną ze zdefiniowanych jeszcze przed narodzeniem światów stron. Jakże to brzmiało melodramatycznie – pomyślał z autoironią. Jednak przemierzając kolejne zaułki uśpionego miasta i ciągnąc za sobą pogoń coraz bardziej skłaniał się ku stwierdzeniu, że w ostatnich minutach życia odrobina dramatyzmu jest wskazana.
To poczucie, że losem człowieka kieruje fatum, które towarzyszyło mu od momentu odkrycia mechanizmów funkcjonowania Wierzei, coraz silniej dawało o sobie znać. Przekonanie, że droga każdej ludzkiej istoty zapisana jest w gwiazdach, w tej niebieskiej księdze istnienia uniwersum… Że ktoś…, kiedyś…, na granicy rodzących się światów zapisał ich losy. I przewidział drogę każdej drobiny: umieścił ją w przypisanym z góry miejscu, zaopatrzył w niezbędne minimum i pchnął w obranym kierunku… Determinizm był jedynym logicznym wyjaśnieniem całego tego chaosu, jaki w chwili obecnej zdominował życie Eliana. Była to koncepcja równie szalona, co racjonalna.
Z każdym kolejnym krokiem zbliżał się na spotkanie własnej śmierci. Zastanawiało go, jaką przybierze formę. Wciągał swych myśliwych w coraz niższe partie miasta. Nie zamierzał im niczego ułatwiać. Jeśli chcą się go pozbyć z tego świata, niech się przynajmniej przy tym odpowiednio namęczą.
Korytarze poziomu podkomunikacyjnego były coraz bardziej śliskie i wilgotne. Zatęchłe, niewentylowane powietrze drażniło zmysł powonienia. W tych warunkach coraz wyraźniej było słychać podążających za nim zabójców. Oddychali głośno, echo ich kroków rozbrzmiewało pod łukowym sklepieniem tunelu.  Już nawet nie starali się ukryć własnej obecności.
Spodziewał się syku wystrzału i ostrego, przeszywającego bólu. Brał również pod uwagę lśniące ostrze sztyletu zanurzające się pomiędzy jego żebrami. Coś spektakularnego i jak najbardziej męskiego. Pasującego do siepaczy Parrera. Zdradzającego siłę, agresję i przemoc. Prymitywnego. Pierwotnego w swej chęci zadawania śmierci. Jego rozbuchana wyobraźnia posiłkując się opowieściami rodem z dwudziestowiecznych kryminałów wzięła górę nad rozsądkiem i pragmatyzmem. Przeliczył się.
Wprowadził ich w ślepy zaułek. Ponad godzinne błądzenie tunelami niższych poziomów metropolii powinno ich dostatecznie zirytować. Odwrócił się twarzą do wylotu korytarza i czekał. Nikłe światło sączące się z bocznych paneli tylko w niewielkim stopniu rozpraszało mroki. Zielonkawa poświata nadawała widzialnej przestrzeni upiorny szlif. Cienie majaczące na ścianach zwiastowały zbliżanie się zabójców. Było ich trzech. Jeden na szpicy, dwóch po bokach. Zachowywali między sobą równe odstępy.
Asasyni – stwierdził z rozbawieniem Wernedi przygotowując się na pierwszy cios. Pochlebiało mu, że Parrer zadał sobie tyle trudu, by jego tropem wysłać przedstawicieli bractwa. Ta nobilitacja dowodziła, jakie znaczenie dla szefa korporacji ma zachowanie ścisłej tajemnicy. Cóż… Należało mu przyznać rację. Przekazanie do wiadomości publicznej informacji o mechanizmie zwanym Wierzejami Czasu samo w sobie zakrawało na autodestrukcję. Daniel Parrer dobrze o tym wiedział. Gdyby ludzie zorientowali się, że istnieje możliwość ingerencji w przeszłe wydarzenia… Z drugiej strony od razu powstałyby podejrzenia, że korporacja już zdążyła z mechanizmu skorzystać, by wpłynąć na korzystną dla siebie koniunkturę rynku. I według niego  byłyby to podejrzenia jak najbardziej uzasadnione. 
Poza tym było jeszcze widmo wojny. Wiedział, że badania związane z kolonizacją Układu Słonecznego w najbliższym czasie doprowadzą do konfliktu zbrojnego na niespotykaną dotąd skalę. Jak na razie nikt się tego nie spodziewał, ale on wiedział… Nie na darmo nazywano historię zbagatelizowaną przestrogą dla ludzkości. Wszelkie zatargi zawsze miały ten sam schemat. I te same symptomy zapowiadały ich przybycie. Czterech jeźdźców apokalipsy nawet nie musiało się specjalnie wysilać. Człowiek samoistnie dążył na ich spotkanie. Teraz znów wszystko wskazywał na to, że stoją na progu zagłady. I nie miało to nic wspólnego ze zbliżającą się z Obłoku Oorta asteroidą. To oni sami, ludzie, zgotowali sobie ten los.
Ujawnienie informacji oznaczałoby koniec zarówno Parrera, jak i przedsiębiorstwa. I spowodowałoby zachwianie całego sektora. Obecna gospodarka nie mogła sobie na to pozwolić. Kto więc stał za działaniami Parrera? Kim była ta szara eminencja pociągająca za sznurki wydarzeń? Nie dane mu będzie odpowiedzieć na te pytania. Już nie…
Widząc zmierzającego w jego stronę owada westchnął z rozczarowaniem. Zmutowana pszczoła połyskiwała w słabym świetle metaliczną błoną skrzydeł. Jedno ukłucie i będzie po wszystkim. Zabójcy się nawet do niego nie zbliżą. Nie będzie żadnej bezpośredniej konfrontacji. Tchórze.
W ostatnim przebłysku świadomości, osuwając się na ziemię i orząc paznokciami po obrośniętej pleśnią ścianie, przywołał pożegnalne słowa Jacka Cuttera:
– Niech pan na siebie uważa.
Zmarnowane życzenie. Chybiona przestroga.
Elian Wernedi żył przecież tylko po to, by umrzeć.

*

            Wnętrze gabinetu atakowało ogromem przestrzeni. Na ostatnim piętrze wieżowca, z widokiem rozciągającym się na szafirową połać oceanu ścielącego się u stóp – urzędował Daniel Parrer. Wpatrując się w bezmiar błękitu oczekiwał najnowszych wieści. I choć niecierpliwość nie leżała w jego naturze – teraz z lekkim niepokojem wyglądał asasynów.
            Jego myśli wróciły do niedawnych wydarzeń. Elian Wernedi był zdolnym naukowcem. Mówiono, że jego badania dotyczące wpływu zależności feudalnych na poziom edukacji stanowiły przełom w mediewistyce. Jego publikacje były przyjmowane równie entuzjastycznie przez krytyków, co przez masowego czytelnika. Miał dar snucia opowieści. Przed oczyma słuchaczy malował odległe czasy z finezyjną precyzją, koloryt epoki, jej zapachy i smaki wnikały do umysłu odbiorcy i przenosiły go w dziwne, ekscytujące przestrzenie. A co najważniejsze, był dociekliwym badaczem, który na własne szaleństwa i  obsesje był skłonny wydać fortunę.
I, tak po prawdzie, to ją wydał. Dlatego właśnie zgodził się pracować dla korporacji, choć na początku podchodził do swoich zadań z lekkim zdziwieniem i podejrzliwością. Nie wiedział, jaki cel mają wykłady prowadzone przez niego dla garstki pracowników Parrera. Nie domyślał się nawet, jak bardzo przekazywane przez niego informacje wpływają na życie innych ludzi. I że wiedza czerpana z tych opowieści sprzed wieków, z mroków średniowiecza, ma nadzwyczaj praktyczne zastosowanie. Do czasu…
            Daniel Parrer szczycił się swoją znajomością ludzkiej natury. To ona pozwoliła mu zbudować firmę, która po niespełna ośmiu latach działalności praktycznie zmonopolizowała rynek dostaw sprzętu naukowo-badawczego dla stacji księżycowych. Jednak jego aspiracje sięgały dalej. Chciał przejść do historii. Dyskretnie, swoimi kanałami, śledził badania związane z zaludnieniem przestrzeni kosmicznej. Choć nie miał bezpośredniego dostępu do laboratoriów umiejscowionych na Księżycu, to jednak docierały do niego raporty tamtejszych naukowców. Oczywiście trzeba było za to słono płacić, ale w ostatecznym rozrachunku traktował to jako inwestycję. I liczył, że się zwróci. Lecz w momencie odkrycia przez jego archeologów Wierzei Czasu – księżycowe programy badawcze zeszły na dalszy plan. Jego fundacja wspierająca specjalistów różnych, czasem skrajnie odległych dziedzin okazała się być strzałem w dziesiątkę.  Teraz przychodził czas, by odpowiednio pokierować posiadanymi aktywami.
            Jednak po drodze popełnił karygodny błąd, który teraz mógł obrócić w niwecz wszystkie jego plany. Źle ocenił Wernediego. Nie dostrzegł, że pod powłoką geniuszu kryje się umysł skory do moralnych uproszczeń. Historyk wszystko postrzegał w biało-czarnej tonacji. Dla niego wszystko było dobre albo złe, jasność gwałtownie przechodziła w ciemność, dzień graniczył z nocą bez pośrednictwa szarego świtu… Nie słuchał argumentów. Nie dopuszczał do siebie alternatywnych rozwiązań. Szkoda tylko, że Parrer nie wiedział tego, zanim pokazał mu Wierzeje Czasu. Lecz teraz starał się naprawić swój błąd. Jedynym pocieszeniem w tej sytuacji był fakt, że nie zaznajomił Wernediego z mechanizmem działania machiny. Gdyby to zrobił… No cóż, znając manie starzejącego się naukowca, skutki mogłyby być opłakane.
            Delikatny szum wyrwał go z zamyślenia. Sięgnął po wklęsły, owalny dysk. Dotknął ekranu.
– Przybył oczekiwany gość.
– Niech wejdzie.
Drzwi cicho zostały otwarte i na powrót zamknięte. Prawie nie słyszał kroków zbliżającego się do biurka mężczyzny. Wciąż siedział zwrócony twarzą do oceanu. Przybysz cierpliwie czekał nie odezwawszy się słowem. Parrer przymknął oczy wsłuchując się w jego oddech.
Tak…, był on zdenerwowany. Ale nie zaniepokojony. To tylko konieczność przybycia tutaj wprawiła asasyna w lekki niepokój. I dobrze. Tak powinno być – pomyślał z zadowoleniem. A więc zapewne, ponieważ nie wyczuwał w nim strachu, przynosi pomyślne wieści. Wolno obrócił się wraz z fotelem w stronę gościa i utkwił w nim pytające spojrzenie.
Mężczyzna nieznacznie tylko skulił ramiona. Wręcz niezauważalnie, co Parrer odnotował z niejakim podziwem. A więc asasyn panował nad swoimi emocjami i strachem. Poszanowania godna umiejętność.
– Dopadliśmy ich obu – głos rozmówcy rozlał się po pustej przestrzeni gabinetu. – Elian Wernedi oraz jego klon zdeponowany w Banku Collegium zostali unicestwieni.
– Dobrze… – chwila przerwy pozwoliła podkreślić wagę kolejnego pytania. – Co z Cutterem?
Stojący przed biurkiem mężczyzna zawahał się. Szrama widoczna na jego lewej skroni zmarszczyła się, gdy zmrużył oczy.
– Zaginął w dorzeczu Amazonki.
– Zaginął? – pytanie ociekało nieukrywaną ironią.
Zabójca drgnął, jak pod uderzeniem ciosu.
– Znajdziemy go – zapewnił pospiesznie.
– Mam nadzieję. Jednak… – ledwo dostrzegalna pauza podkreślała wagę słów szefa korporacji – zachowajcie go przy życiu. Posiadanie depozytariusza po swojej stronie może być nadzwyczaj przydatne… Przecież nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro.
Odwrócił się do okna. Dyskusja była skończona. Usłyszał jeszcze zamykane pospiesznie drzwi. To dobrze – pomyślał z zadowoleniem – że nawet w takich ludziach wzbudza lęk. Strach był solidnym narzędziem władzy, a w ręku świadomego jego mocy człowieka okazywał się wręcz bezcenny.
Oby tylko udało im się znaleźć Cuttera na czas. I oby, idąc za przykładem Wernediego,  nie okazał się on skończonym idealistycznym idiotą.

*

            Wnętrze skrytki depozytowej w Banku Collegium przypominało ustawioną pionowo trumnę wyłożoną beżowym aksamitem. Jack stał przed otwartymi drzwiczkami i zdezorientowany zaglądał do środka. Było pusto. Nie było żadnego ciała, do którego mógłby przekazać przechowywaną w swym umyśle jaźń. Tylko na dnie, wśród pomiętych ubrań, leżały rozsypane szczątki czegoś, co kiedyś było zapewne klonem Eliana Wernediego.
            Usiadł ciężko na krześle.
Elian nie żył.
Była to pierwsza wiadomość, jaką przekazała mu jego asystentka, gdy tylko przekroczył próg kondominium. Patrol znalazł jego ciało po otrzymaniu anonimowego zgłoszenia. Zwłoki pozostawiono w jednym z zaułków niższych poziomów Metropolii San Antonio. Co tam robił? Nikt nie wiedział. Ale Jack był pewien, że nie był to zwykły bandycki napad, jak podano w raporcie. To było coś więcej. Jednak on sam za mało wiedział. Krążył po nieznanym terenie jak ślepiec obijający się o kanty zaskakujących domysłów. Próbował sobie przypomnieć całą rozmowę, jaką odbył przed przyjęciem depozytu. Czy cokolwiek zapowiadało późniejsze wydarzenia? Jakiś gest? Intonacja głosu? Mimowolny skurcz mięśni?
            Nie ma niczego, na czym można się oprzeć… – pomyślał ze smutkiem. Coraz wyraźniej uświadamiał sobie powagę sytuacji, w której się znalazł. Martwy człowiek. Brak beneficjenta. Zdeponowana w jego umyśle dusza, która potrzebuje ciała, by żyć. I ciało, które nie jest w stanie pomieścić w sobie dwóch kompletnych istnień. Im dłużej przechowuje w swym wnętrzu ten przymusowy depozyt, tym bardziej realna staje się groźba popadnięcia w otchłań szaleństwa.
            A na początku była to tylko kwestia dotrzymania słowa… Zgodził się, bo przed laty przyrzekł to nie tylko Wernediemu, ale również samemu sobie. Rzadko komukolwiek coś obiecywał. To była jedna z zasad, którymi się kierował. Nie obiecuj niczego, czego nie jesteś w stanie wypełnić. Jeśli już dałeś słowo – wszelkimi dostępnymi sposobami go dotrzymaj. A on wówczas dał słowo…
            Skup się! Czas ucieka! Bariery w jego umyśle były coraz słabsze. Należało szybko znaleźć obiekt, w który można będzie przelać jaźń mediewisty. Ale gdzie?
            Jack rozejrzał się nerwowo po wnętrzu, jakby oczekiwał, że wśród sejfów z klonami znajdzie jakieś rozwiązanie. I może by się znalazło, gdyby miał dostęp do jakiejkolwiek kopii. Lecz wyhodowanie całościowej repliki zdolnej przyjąć kompletną duszę z jej wszystkimi obciążeniami było procesem tyleż czasochłonnym, co i kosztownym. Pozwalali sobie na niego tylko nieliczni. Zresztą sama procedura prawna była nadzwyczaj skomplikowana. Nie należało się raczej spodziewać, że chociażby za pięcioma procentami drzwi w sali znajdują się kompletne kopie. Pozostałe skrytki zawierały raczej fragmenty ciał, organy deponowane z myślą o przeszczepach. Nie było znikąd pomocy.
            Chociaż… Atawistyczny instynkt samozachowawczy kazał mu szukać wszelkich sposobów przeżycia. Nie było wiele opcji. Tak po prawdzie, to nie było w tej chwili żadnych opcji poza jedną. Ryzykowną. Ale czyż nie było przejawem skrajnej głupoty godzenie się na warunki Eliana Wernediego i idealistyczny poryw każący mu dotrzymać przysięgę z dzieciństwa?
            Teraz nie pozostało już nic innego.
            Ci, którzy zabili naukowca i zadali sobie tyle trudu, by zunifikować jego klona,  z pewnością będą chcieli pozbyć się również wszelkich wspomnień. A to oznaczało zabicie jego, Jacka Cuttera. Oczywiście mógł również uwolnić deponowaną duszę ze swego umysłu i pozwolić jej rozwiać się w niebycie, lecz wówczas byłby skończony w swojej profesji. Lata pracy i z trudem zdobywana pozycja poszłyby na marne. Niełatwo zlokalizować depozytariusza i uzyskać jego nazwisko, ale jakiekolwiek potknięcie czy niepowodzenie natychmiast stałoby się pożywką dla szerokiego towarzystwa. A utrata zdeponowanej duszy… Byłby skończony.
Gdzieś w oddali usłyszał szelest przesuwających się blokad. Ktoś z zewnątrz otwierał skarbiec. Nawet się nie odwrócił, by zerknąć na przybysza. W tej chwili nie miało najmniejszego znaczenia, kto się zjawił, by go zabić.
            Podjął decyzję. Kilkakrotnie słyszał opowieści starszych… Tych, którzy tak często przyjmowali w siebie cząstki innych osobowości, aż w końcu zaczynały one odciskać coraz wyraźniejsze piętna na duszach nosicieli. Stały się symbiontami…
            Przymknął oczy i sięgnął w głąb duszy.
            Każdy z depozytariuszy znajdował własny sposób schodzenia pod powierzchnię jaźni. To było jedno z pierwszych ćwiczeń. A później, w miarę kolejnych zanurzeń, stawało się coraz bardziej subtelną procedurą. Zyskiwało nowe elementy i wymiary. Niektórzy pod powiekami schodząc w dół pokonywali kolejne piętra spiralnie skręconych schodów, dotykali dłońmi gładkich, lakierowanych balustrad, podziwiali żyłkowania marmurów. Inni stojąc nad brzegiem oceanu zapisywali na piasku malejące liczby zmywane kolejnymi falami, wsłuchiwali się w szum oceanu i czuli obmywającą stopy spienioną wodę.
            Jack Cutter liczył cegły w murze. Ale nie liczył ich po kolei. Nie liczył ich nawet wspak. Gdy zamykał oczy, dotykał ręką chropowatej, nagrzanej promieniami słońca powierzchni muru i wciągał w nozdrza zapach murarskiej zaprawy…
To było jedno z najstarszych jego wspomnień z dzieciństwa. Gdy dziadek siedział na niskim zydlu, mieszał zaprawę i wolno nakładał ją na kolejne poziomy wznoszonego ogrodzenia. Jack nie pamiętał już, dlaczego dziadek chciał samodzielnie wykonać tę pracę, wystarczyło przecież wezwać ekipę. Byłoby i szybciej, i taniej. Ale w tamto popołudnie siedzieli tak obaj i on, czteroletni chłopiec, przyglądał się, jak dziadek spokojnie i rytmicznie pracuje, cegła po cegle…  Dla niego wówczas był to rzeczywiście mur. Potem, spoglądając na niego z wyżyn swej dorosłości, widział zaledwie niespełna metrowe obramowanie grządki z fioletowymi irysami i różowymi naparstnicami, które tak bardzo lubiła hodować jego babka. Ale wówczas…
Teraz pod opuszkami palców czuł chropowatą fakturę cegieł. Jego parkan miał ponad trzy metry wysokości i szczelnie chronił powierzone mu tajemnice. Była tylko jedna wejściowa furta. Ale zanim do niej dotarł musiał odczynić swój rytuał.
Idąc wzdłuż muru co kilka kroków dotykał kolejnej cegły. Liczył je według znanego sobie schematu. 987, 610, 377, 233, 144, 89… Kolejne, coraz mniejsze liczby ciągu Fibonacciego rozbłyskiwały delikatną poświatą pod jego palcami.
Ciężkie, dębowe drzwi na końcu wędrówki. 2, 1, 1, 0… Zdobny, żeliwny klucz zawsze tkwił w zamku. Delikatne linie celtyckich węzłów połyskiwały w promieniach słońca. Klucz zawsze ujmował w lewą dłoń. Jego dziadek był leworęczny. Obracając go w zamku wyczuwał pod palcami drgania kolejnych zapadek, słyszał ich metaliczny szczęk.
Pchnął drzwi i przekroczył bramy ogrodu. Szybko minął fontanny, złote klatki i fantastyczne stwory zamieszkujące przestrzenie jego myśli. Przeszedł koło białej furtki prowadzącej do labiryntu regałów gromadzących wszystkie przeczytane przez niego książki. Rzucił okiem na dymiące szklane retorty w laboratorium umiejscowionym w ogrodowej altanie. Ze starej omszałej jabłoni zerwał kolejny z owoców wiadomości dobrego i złego, wytarł je w koszulę i wgryzł się w soczysty miąższ.
Jednak się nie zatrzymał, by podziwiać obrazy nagromadzone nad brzegami Amazonki. Wciąż podążał przed siebie. Coraz dalej. Przy rozwidleniu dróg stało poskręcane, srebrzyste drzewo oliwne, suche liście ścieliły się u jego stóp. Za krainą Kimeryjczyków skręcił w lewo, by podążyć w najgłębsze zakamarki swego labiryntu. Ścieżka stromo pięła się pod górę. Mijały kolejne kwadranse. Pokryte skrzącym śniegiem szczyty majaczyły w oddali. Czysty błękit nieba oczekiwał na doniosłe wydarzenie. Jack przyspieszył kroku, choć wiedział, że czas „tu” i czas „tam” – to dwa zupełnie obce sobie światy. Jednak jakieś wewnętrzne pragnienie gnało go wciąż do przodu. Może był to lęk, że jednak, w decydującej chwili, zawaha się i zrezygnuje. Stchórzy. Chciał mieć to już za sobą. Uczynić to, co niewykonalne i przeżyć.
A raczej umrzeć, gdyż zniknie dawny Jack Cutter i narodzi się zupełnie nowy. Musiał pożegnać się ze swoim starym „ja”, które przez trzydzieści trzy lata wierne mu towarzyszyło,  wzrastało wraz z nim, przyjmowało w siebie jego lęki i marzenia, sukcesy i porażki, złośliwe komentarze i pobłażliwe gesty. Musiał umrzeć, aby móc żyć.
W końcu ścieżka wyprowadziła go na rozległą polanę pokrytą żółknącymi źdźbłami traw przeczesywanymi przez porywisty wiatr. Słomiany kolor konkurował z zatopionymi tu i ówdzie bordowymi liśćmi ostrężyn. Pory roku i przestrzenie kierowały się w tym świecie własnymi fanaberiami. Na krzakach borówek dawno już nie było owoców, a wysychające zioła utraciły swe lecznicze soki. Z północy nadciągała zima. Tuż pod linią bukowego lasu okalającego szczyt siedział na ławce stary człowiek. Powiernik dusz podchodził do niego zmagając się po drodze z podmuchami wiatru i z własnymi wątpliwościami, które ostrymi zębami zatapiały się w jego duszy i sączyły jad obaw.
Nie było drogi ucieczki. Nie było odwrotu.
Stanął twarzą w twarz ze zdeponowaną duszą Eliana Wernediego, spojrzał w jej oczy  i wchłonął ją w siebie po raz kolejny. Zieleń tęczówek Jacka na chwilę zajarzyła się turkusem i przygasła…
            Szelest przesuwanych blokad skarbca znów stał się słyszalny. Jack Cutter wolno uniósł powieki.
– Czas na egzekucję? – spytał wpatrując się w puste wnętrze przestrzeni depozytowej. We wnętrze trumny. Łatwo mogli go zabić i umieścić jego ciało w schowku. Nim ktokolwiek zareagowałby na jego nieobecność… Mogły minąć tygodnie. Nie było nikogo, komu by na nim zależało. Teraz to się na nim mściło.
Stojąca za nim postać roześmiała się cicho.
– Nie. Czas na małą wycieczkę.

*

Z zachodu nadciągał sztorm rzucając wściekle falami o słupy konstrukcyjne. Siny błękit nieba rozbłyskiwał tu i ówdzie szlakami wyładowań atmosferycznych. Na moment przestrzeń nieba łączyła się z głębią oceanu, gdy błyskawica uderzała w rozkołysaną taflę wody. Huk grzmotu można było wyczuć tylko podświadomie, gdy na moment zapierało dech w piersiach i serce, z obawy przed odwieczną potęgą żywiołów – zamierało.
Daniel Parrer stał wpatrzony w widok za oknem i analizował ostatnie wydarzenia. Jego wysłańcy zabili Eliana Wernediego, ale wciąż pozostawały wspomnienia ukryte w umyśle Jacka Cuttera. A on nie był do końca pewien, jak zachowa się depozytariusz i jaką decyzję podejmie. W dłoni trzymał srebrny wielościan przypominający kształtem kubistyczną kulę. Połyskujący przedmiot o średnicy siedmiu centymetrów miał dokładnie 287 boków, których ostre krawędzie często rozcinały skórę i opuszki palców nieuważnego użytkownika. Był to jeden z dwunastu sterowników Wierzei Czasu.
Za jego plecami rozciągała się główna hala badawcza. Kompleks umiejscowiony na północnym Atlantyku był jedną z najdroższych inwestycji w jego karierze. Fundusze, jakie wciąż przeznaczano na rozwój ośrodka, były porównywalne tylko do tych przesyłanych do tajnych baz naukowych na Księżycu. Tam wciąż podbój kosmosu stanowił priorytet programów badawczych. Tu było inaczej. Parrer pozostawił przestrzeń kosmiczną dla innych, a sam skierował całą swą uwagę na możliwości, jakie dawał dostęp do przeszłości.
W szklanej tafli szyby ujrzał odbicie wprowadzanego do pomieszczenia Jacka Cuttera. Młody mężczyzna spokojnie wszedł do hali i pewnym krokiem skierował się do szefa korporacji. Stanęli naprzeciwko siebie mierząc się wzrokiem.
– Nic dodać, nic ująć – stwierdził przybysz. – Kwintesencja skuteczności.
– Radziłbym uważać… Szczerzy ludzie nie są obecnie w cenie.
– Ciekawe… A ja myślałem, że chodzi raczej o tych inteligentnych…
Daniel Parrer spojrzał z ciekawością na gościa. Nie tego spodziewał się po depozytariuszu. Jego ludzie przeprowadzili przecież na jego temat dokładny wywiad i od kilkudziesięciu godzin starali się nie spuszczać go z oczu. Oczekiwał, że stanie przed nim mężczyzna arogancki, zbyt pewny siebie, by dostrzec grozę i powagę sytuacji, próbujący ratować własne życie na wszelkie możliwe sposoby.
Tymczasem powiernik dusz go zaskoczył. Mężczyzna z pewnością był bezczelny. Ale z jego pozornie niedbałej postawy przebijał spokój właściwy tylko ludziom umiejącym godzić się z wyrokami losu i zawsze panującymi nad sytuacją. A przecież w tej konkretnej chwili Jack Cutter do nich nie należał.
Coś tu się wyraźnie nie zgadzało i to niepokoiło Daniela Parrera. Choć własne wątpliwości to ostatnia rzecz, do jakiej szef korporacji byłby skłonny się przyznać.
Czekał na ruch depozytariusza.
Wszyscy w pomieszczeniu zamarli, gdy Cutter podszedł do znajdującego się  na środku hali okręgu. Obszedł go dookoła skupiając spojrzenie na wyrytych w kamieniu inskrypcjach. Daniel Parrer był ciekaw, czy mężczyzna zdaje sobie sprawę, na co spogląda. Był on pierwszą osobą spoza ścisłego grona pracujących dla korporacji naukowców, która w ogóle miała sposobność przyjrzeć się Wierzejom Czasu. Cutter zatrzymał się i podniósł na niego wzrok.
Spoglądali na siebie jak zawodnicy przygotowujący się do rozgrywki. Pionki na szachownicy zostały już rozstawione, ale żaden z graczy nie był pewien, który z nich posiada przychylność bogów i komu będzie dane wygrać najbliższą rundę. Układ sił nie mógł się równoważyć. Każdy z nich chciał przewidzieć ruchy przeciwnika i nie stracić żadnej z figur.
– Mam propozycję – Daniel Parrer przerwał w końcu milczenie. Nieznacznym ruchem ręki kazał zgromadzonym w pomieszczeniu naukowcom wracać do obowiązków. Dokładnie zrozumieli jego intencję i nie oglądając się już na gościa podążyli do własnych zajęć. Jego ochrona też dyskretnie się wycofała poza zasięg głosu. – Chcę, abyś uwolnił duszę Wernediego i odesłał ją w niebyt. Zrekompensuję ci wszelkie straty, jakie możesz ponieść z tego tytułu zarówno teraz, jak i w przyszłości – zapewnił.
– A więc zdajesz sobie sprawę, w jaki sposób wpłynie to na moją zawodową renomę – Cutter, idąc za jego przykładem zrezygnował z oficjalnej formy.
Chociaż się tego nie spodziewał, Daniel Parrer musiał przyznać, że rozmawiali ze sobą jak równy z równym. Był ciekaw, co jest źródłem pewności siebie gościa. Jaka informacja…?
– Tak. Wiem, że jeśli to zrobisz, będziesz skończony. Dlatego proponuję rekompensatę.
Obserwował jak depozytariusz raz jeszcze spogląda na inskrypcje wypisane na kamiennym okręgu. Bezgłośnie poruszał ustami, jakby je odczytywał…
– Po co ci Wierzeje Czasu? Chcesz rządzić światem? – pytanie Cuttera rozwiało wszystkie wątpliwości. Miał przed sobą godnego przeciwnika. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby uczynił zeń swego sprzymierzeńca. Taki sojusznik byłby bezcenny.
Parrer spojrzał na niego z nie ukrywanym rozbawieniem.
– Mówisz zupełnie jak Elian… Po co mi rządy nad światem?  Mnie wystarczy wiedza.

*

            Błyszcząca kula w dłoni Parrera wciąż przyciągała wzrok Jacka. Widział, jak mężczyzna nieświadomy swych ruchów naciska kolejne segmenty w powtarzalnym schemacie. Tak, jakby urządzenie w jakiś sposób wpływało na podatny umysł człowieka trzymającego sterownik w ręce. Jeśli nie przestanie i nieopatrznie wejdzie w promień Wierzei…
            Wpatrywał się w Daniela Parrera czekając na wyjaśnienia. To od nich uzależniał swe dalsze działania. Jeśli przyzna on, że Wierzeje Czasu stanowią podstawę funkcjonowania korporacji, nie pozostanie mu nic innego, jak zatrzymać to wszystko dość radykalnym posunięciem. Wiedział… A raczej – Elian Wernedi wiedział, jak skutecznie można sterować Wierzejami, choć nikt z jego byłych współpracowników się jeszcze tego nawet nie domyślał. Oni wciąż byli na etapie wybierania losowych sekwencji i sprawdzania w jaki czas i miejsce na Ziemi doprowadzą one podróżnika. Tym sposobem wysłano już w przeszłość siedemnastu ludzi. Sześciu z nich jak na razie nie powróciło i nie wiadomo było, czy kiedykolwiek ujrzą znów własne czasy. Nie wiadomo było nawet, gdzie wylądowali.
On wiedział, że Wierzeje funkcjonują na zasadzie współdziałania błon membrany. Teoria superstrun wraz ze swymi dziesięcioma wymiarami okazała się być jak najbardziej trafna, choć Wernedi, jako historyk, nie do końca pojmował ten cały naukowy bełkot, którym posługiwali się pracujący wokoło fizycy. Dla niego ważna była tylko możliwość podróży w czasie. Wręcz nieograniczona… Jack czuł rozmarzenie, jakie ogarniało Wernediego na tę myśl. Wiele by dał za możliwość korzystania z mechanizmu… Bardzo wiele… Emocje starego naukowca wędrowały po obrzeżach jego myśli. Wiedział, jak wiele poświęcił historyk, by zrealizować swe marzenie. A on naiwnie sądził, że naukowcem kierował odruch ochrony ludzkiej cywilizacji. Ale nie o wojnę tu chodziło…, już nie…
Stojąc w hali tajnego kompleksu naukowego Jack z całą irytującą świadomością uzmysłowił sobie, że sporo czasu upłynie, nim całkowicie zasymiluje duszę Eliana i przestanie tak wyraźnie czuć różnicę między sobą, a nim. Musiał jeszcze zaczekać na własną śmierć i narodziny. Zostały jak na razie odroczone o tydzień, miesiąc? Dziwne. Myślał, że będzie to proces natychmiastowy i kompletny, a tymczasem okazał się działaniem długofalowym. Trochę przypominało mu to dyfuzję, mieszanie się gęstych, różnobarwnych substancji. To tak, jakby dwie ciecze próbowały wyrównać swe kolory i stać się jednością. W ten sam sposób jaźń jego i jaźń Wernediego próbowały stworzyć nową duszę, nową osobowość. Miał jednak czas, by pożegnać samego siebie i opłakać własny zgon.
– Szykuje się wojna… – zaczął.
– Nie – zaprzeczył Parrer. – To błąd Wernediego, którego mam nadzieję nie powtórzysz. Nie będzie żadnej wojny. Nie za sprawą kosmicznej ekspansji przynajmniej.
– Skąd ta pewność?
– Ode mnie – dał się słyszeć głos za jego plecami.
Jack Cutter odwrócił się raptownie i stanął twarzą w twarz z właścicielką turkusowych oczu.
– To ty… Ty próbowałaś powstrzymać Wernediego. Ale… – Niepewnie przeniósł pytający wzrok na Parrera.
Stojący po przeciwnej stronie kręgu mężczyzna przecząco pokręcił głową.
– Dla mnie ona nie pracuje.
– Więc dla kogo?
Dziewczyna podeszła do postumentu. Wyciągnęła ręce by złapać rzuconą przez Parrera srebrną kulę. Uchwyciła ją w obie dłonie i syknęła z bólu, gdy ostra krawędź przecięła jej skórę.
– Nieprzyjemna konieczność. Budowniczowie powinni lepiej się zastanowić nad identyfikacją podróżującego obiektu – szepnęła na tyle głośno, by stojący blisko niej mężczyźni mogli to usłyszeć.
Tak… Wernedi również się domyślał, że to był właśnie brakujący element. Ci, którzy przy manipulacji sterownikiem przypadkiem się zranili – wrócili z powrotem do obecnego czasu. Ci, którzy byli na to zbyt ostrożni – zapłacili za swoją zapobiegliwość wysoką cenę. Nigdy już nie ujrzą swych bliskich, ponieważ wrota nie zakwalifikowały ich jako podróżników. Nieświadomy błąd, za który płaciło się własnym istnieniem w przypisanym sobie czasie.
– Kim jesteś?
Dziewczyna weszła na postument, stanęła w środku okręgu. Jack podszedł bliżej wpatrując się z uwagą i czekając, co zrobi. Lekki uśmiech błądził na jej wargach.
– W przyszłości, gdy Wierzeje Czasu staną się ogólnie znanym mechanizmem, powstanie Instytut zajmujący się ich obsługą i badaniem. Zaczątkiem tej placówki jest na razie twoja korporacja – zwróciła się  w stronę Parrera.
– A ty dla nich pracujesz – skłonił się w jej stronę. – Ale to już wiem.
Powoli wszystkie elementy układanki zaczynały trafiać na właściwe sobie miejsca. Logiczna łamigłówka, jaką było zabójstwo Eliana i dezaktywacja jego klonu – zyskiwały uzasadnienie. Akcja i reakcja.
– Tak. Pracuję dla Instytutu. Strzegę Wierzei.
– Przed kim?
Dziewczyna zaczęła szybko przebiegać palcami po poszczególnych segmentach kuli wciskając po kilka przycisków jednocześnie. Początkowo srebrna, metaliczna powłoka zaczęła się teraz jarzyć różową poświatą.
– Raczej przed czym… Jest dopiero 2072 rok. To zdecydowanie za wcześnie.  Przed wami jeszcze ponad dwadzieścia lat badań nad Wierzejami, zanim w ogóle je ujawnicie i podacie do publicznej wiadomości informację o ich istnieniu. A i tak zawsze będą się pojawiały kolejne pytania. Nawet my, po tylu dekadach, nie jesteśmy w stanie na wszystkie odpowiedzieć. Wy dopiero zaczynacie eksploatację tego obszaru. Dla was czas jeszcze długo pozostanie dziewiczą krainą, białą plamą na mapie waszej nauki…
            Jack Cutter wszedł na kamienny krąg i wyciągnął dłoń po sterownik. Musiał zyskać pewność, że jego domysły nie są tylko wytworem wyobraźni rozbuchanej przez duszę drugiego człowieka.
– Nazywają mnie Rina – rzekła podając mu kulę. – Używaj jej z rozwagą. Mam nadzieję, że wiesz, co czynisz  – dodała i zeszła z postumentu.
Pozostał sam na podwyższeniu. Spoglądając ze środka Wierzei na stojących wokół naukowców zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście jest aż tak pewien swych przypuszczeń, by zaryzykować własne istnienie. Ale przecież już raz to zrobił. I wygrał.
Teraz jednak nie grał wyłącznie o własne życie. Podjął się zadania rozegrania partii przygotowanej przez Eliana Wernediego i Daniela Parrera. Nie znał pionków, nie znał zasad. Wchłonięcie duszy Eliana było pierwszym krokiem w kierunku wyrównania szans. Nie zamierzał pozostawać tylko marionetką w rękach wytrawnych graczy, choć taką rolę dla niego przewidział historyk. Wystawił go na łup, zrobił z niego przynętę licząc, że asasyni zajęci ściganiem wspomnień zapomną o żywym człowieku. Ale popełnił błąd. Jack nie zamierzał stać biernie i obserwować, jak zbliżają się do niego zabójcy. Wchłonął duszę pokonując własne lęki i składając swe istnienie w ofierze dla przyszłości. Miał nadzieję, że znajdzie odpowiedzi… I znalazł. Lecz poza wiedzą konieczne było też działanie. Reaguj i wywołuj reakcje.
Cicha satysfakcja była jak na razie niewystarczającą rekompensatą. Na szczęście Wernedii nie przewidział wszystkiego. Arogancko założył, że on, Jack, podporządkuje się narzuconym regułom i podąży wyznaczoną ścieżką. Niedoczekanie.
Zacisnął mocno dłoń na kuli, aż poczuł wbijające się w skórę ostre krawędzie. Na różowej powierzchni pojawiły się szkarłatne krople krwi. Jego krwi.
Przebiegł szybko palcami po kolejnych sekwencjach, naciskając odpowiednie zapadnie. Delikatny szum w uszach się nasilił. Zerknął po raz ostatni na stojącą poniżej kobietę. Skinęła mu głową, jakby potwierdzając poprawność wykonanego zadania. Podrzucił kulę, by swobodnie zawisła nad jego głową. Widział jeszcze niedowierzanie na twarzy Parrera i zbliżających się szybko do kręgu naukowców.
Było za późno.
Wirujący okrąg zabrał ze sobą czas i wchłonął go w niebyt.

*

            Stojący wokół kamiennego postumentu ludzie na chwilę zamarli… A potem rozpętało się prawdziwe pandemonium. Przepychanie się przy stanowiskach, wydawane krzykiem polecenia, których i tak nikt nie miał zamiaru wykonywać. Każdy z naukowców z niecierpliwością odczytywał wskazania przyrządów i próbował zweryfikować dane.
            Jak to w ogóle możliwo, że nieprzygotowana osoba, która pierwszy raz w życiu ujrzała Wierzeje Czasu, była w stanie je obsługiwać? Przecież zanim posłali jakiegokolwiek podróżnika wcześniej przez wiele tygodni, niekiedy miesięcy, musieli go szkolić. Setki razy powtarzali procedury transportu, przygotowywali go do wszelkich możliwych lokalizacji czasowych, w których mógłby się znaleźć i zawsze liczyli…, modlili się…, by nie wpakować nikogo w środek jakiejś bitwy lub w paszczę prehistorycznego zwierzęcia. Trudno się było  do tego przyznać naukowcom, ale po prostu liczyli na łut szczęścia.
            W całym zamieszaniu wynikającym ze zniknięcia Jacka Cuttera tylko trzy osoby zachowywały spokój.
            Pierwszą z nich był młody mężczyzna. Stał przy jednym ze stołów i obserwował biegających wokół ludzi. Ubrany w przepisowy uniform obsługi badawczej czuł się bezpieczny. Jako jeden z kilkunastu techników pracujących przy projekcie był w zasadzie niewidzialny. To mu dawało wręcz nieograniczone pole manewru. Mógł przemierzać korytarze ośrodka przez nikogo nie niepokojony, mógł zaglądać do laboratoriów wymawiając się poleceniami czołowych naukowców, miał dostęp do wyników badań, a nawet jeśli niektóre z nich były na jakimś etapie utajniane – i tak zawsze znajdował się sposób, by do nich dotrzeć. Bycie niezauważalnym miało swoje niewątpliwe zalety.
            Teraz z pewnym niedowierzaniem spoglądał na rozgrywającą się przed nim scenę, a także na zupełny brak reakcji ze strony Daniela Parrera i stojącej obok niego kobiety. Tych dwoje zajęło się rozmową i nie zwracało w ogóle uwagi na podniesione głosy naukowców. Musieli wiedzieć o czymś, co w tym całym zamieszaniu i pośpiechu ostatnich pięciu dni mu umknęło. Coś, co usprawiedliwiało nietypowe zachowanie Jacka Cuttera.
            W obecnej sytuacji nie pozostało mu nic innego, jak oczekiwać na rozwój wypadków.             Za dużo czasu i pieniędzy zainwestował w to przedsięwzięcie. Choć nie o pieniądze przecież tu chodziło – zreflektował się w myślach. Gdyby tylko wyjawił jakiemukolwiek finansiście czy politykowi informację o Wierzejach… Każdy byłby skłonny pokryć poniesione przez niego koszty i wynagrodzić mu z nawiązką poświęcony czas. Ale on chciał tylko i aż – zapobiec zbliżającej się wojnie.
Jej widmo, coraz bardziej widoczne, przerażało i niepokoiło. Ale najbardziej obezwładniająca była myśl, że nikt poza nim nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia. Nawet Parrer… A wydawało mu się, że jest to człowiek tego samego pokroju, co on… Przeliczył się wymagając od niego zaangażowania i dalekowzroczności. To był tylko sprytny ekonomista z niebywałym zapasem szczęścia. Ale nie interesowały go losy świata… Wyśmiał jego, Eliana Wernediego, groził mu i w końcu – nasłał na niego zabójców. Ale on wszystko przewidział.
W końcu nie bez powodu jego publikacje były chwalone zarówno przez krytykę, jak i przez czytelników. Jego ksiązki porównywano z dziełem Cerama, a w uniwersyteckim rankingu prowadzonym od ponad sześćdziesięciu lat przez klub edytorów jego „Wypisy z czasów dawnych” wyprzedziły utrzymujące się w czołówce od piętnastu lat dzieła tego dziennikarza, Decana. Jego gwiazda jasno błyszczała na firmamencie… A przekazanie światu informacji o Wierzejach Czasu i zapobieżenie zbliżającej się wojnie – zapewni mu nieśmiertelność!

*

            Stojąc za załomem muru i spoglądając w dół z antresoli otaczającej główną halę badawczą – widział jak na dłoni cały rozgrywający się poniżej spektakl. Dochodziły do niego falami dźwięki, których jeszcze nie był w stanie rozróżnić. Tak, jakby jego zmysły odbierały impulsy i informacje z otaczającego go świata, ale umysł jeszcze nie był gotowy na ich przetwarzanie.
            Domknął cicho drzwi i chwytając mocno za krawędź szafki osunął się na ziemię.
            Czuł gładką, zimną powierzchnię pod policzkiem. Z każdym kolejnym uderzeniem serca cichł szum w uszach i docierały do niego coraz wyraźniejsze bodźce. Ile czasu minęło? Spojrzał na zegarek starając się uchwycić rozmazany kontur cyfr na wyświetlaczu. Zaledwie kwadrans. A jemu się zdawało, że to całe godziny, nim otępiały umysł w końcu zaskoczył na właściwe tory. Jack Cutter powoli dochodził do siebie.
            Siedział na podłodze w małej kuchni na piętrze pewien, że nikt mu nie zakłóci spokoju. Elian przychodził tu zawsze, gdy chciał o czymś w samotności pomyśleć. Pomieszczenia używano wyłącznie wówczas, gdy w sąsiedniej sali organizowano konferencje i spotkania zespołów badawczych. Poza tym było tu pusto.
            Miał jeszcze trochę czasu. Czekał, aż ustanie gorączkowa bieganina poniżej i będzie mógł zejść do głównej hali. Dopiero wówczas rozpęta się piekło.
            Wychylił się zza załomu i przez szybę spojrzał na stojącego przy środkowej konsoli młodego mężczyznę. Z niedowierzaniem pokręcił głową. A więc to jest Elian Wernedi… Taką postać wybrał dla siebie, by wygrać. Gdy pierwszy raz wszedł do pomieszczenia nie miał okazji dokładnie mu się przyjrzeć. Wzbudziłoby to zbyt wiele podejrzeń i z pewnością zaalarmowało samego mediewistę, a do tego nie można było dopuścić. Teraz jednak bez przeszkód mógł go obserwować.
            Na oko dwadzieścia siedem, osiem lat. Wysoki, szczupły, doskonała muskulatura, ale bez przesady. Idealny wzorzec wyhodowany w laboratorium. Powłoka zdolna przyjąć w siebie kompletną duszę. Elian wiele zachodu poświęcił swemu zadaniu. Samo znalezienie dwóch depozytariuszy było nie lada wyczynem. Wymuszenie przyjęcia duszy  wydawało mu się kiedyś wręcz majstersztykiem, a okazało się tylko drobnym krokiem i to w dodatku, co musiał przyznać z pewną niechęcią, dość łatwym.
Trudniejsze zadanie miał Wernedii z Marlowem. Ten nigdy nie ulegał sentymentom. Zawsze czujny, zawsze zgodny z literą prawa. Oczywiście we własnej interpretacji. Oschły. Wernedii długo musiał szukać, zanim znalazł solidną kartę przetargową. Biedny Marlow. Był pewien, że jego zamiłowanie do hazardu opłacane drobnymi „informacjami” pozyskiwanymi ze zdeponowanych części dusz nie wyjdzie na jaw. Że jego inwestycje będą bezpieczne i zapewnią mu byt na starość. Przeliczył się.
Zdeponował duszę historyka, przelał ją w nowe ciało.
A potem się zabił.
Ale tego Wernedii już nie wiedział. Za to wiedział on, Jack.
Marlow nie był jego przyjacielem. Nawet niespecjalnie się lubili, jak to bywa między konkurentami w tej samej branży. Ale wiązała ich wzajemna lojalność wynikająca z posiadania tego samego daru. A to zobowiązywało.

*

            Z coraz większą niecierpliwością oczekiwała na ujawnienie się depozytariusza. Strategiczne rozgrywki były jej żywiołem. Nie bez powodu to właśnie ją wyznaczono na strażnika Wierzei Czasu. Swobodnie poruszała się między zakotwiczeniami. Wielokrotnie cofała się w czasie, by przygotować to spotkanie. Za kilkaset lat, gdy Wierzeje będą po prostu narzędziem badań naukowych i zacznie opadać mistyczna otoczka wokół mechanizmu – to ją wyznaczą władze Instytutu do korygowania odkrycia kamiennego postumentu. Pierwsze kroki podróżników w czasie. Możliwość śledzenia ich z perspektywy własnego, kilkuwiekowego doświadczenia…
Uważnie obserwowała kolejne dni wypełnione na zmianę sukcesami i porażkami. Zbliżająca się konfrontacja miała być ukoronowaniem jej starań. Wiedziała, że wszyscy zainteresowani zgromadzili się już na hali. Pionki rozstawiono. Nadano im odpowiednie znaczenie. Teraz zaczynała się właściwa partia i żadna z bezpośrednio zaangażowanych osób nie miała pojęcia, że to ona kieruje grą.  

*

            Z każdym kolejnym pokonywanym przez niego stopniem coraz większa cisza zalegała w pomieszczeniu. Jack Cutter widząc niedowierzanie w oczach patrzących na niego osób, chciałby napawać się własnym tryumfem. Ale jeszcze nie była po temu pora. Czekało go jeszcze jedno, ostatnie zadanie.
– Niech wyjdą – zwrócił się do Daniela Parrera.
Ten tylko skinął głową, a naukowcy wolno i niechętnie zaczęli kierować się w stronę drzwi. Jeden po drugim opuszczali halę badawczą.
– Godne podziwu dokonanie – zaczął Parrer. – Posiadłeś umiejętność sterowania Wierzejami. Ona ci ją zdradziła?
Kobieta nie odrywając wzroku od Jacka przecząco pokręciła głową.
– Ja nie mogę posuwać się w swych ingerencjach aż tak daleko… To byłoby zbyt ryzykowne.
– Więc…?
– To Elian wiedział jak obsługiwać Wierzeje.
– Historyk? – zaskoczenie w głosie Parrera było jak najbardziej autentyczne. – Ale przecież…, skoro moi fizycy nie mogli dojść do tego, w jaki sposób działa sterownik, to jak poradził sobie z tym zadaniem Elian? Przecież to był zupełny laik. I jak, do cholery, ty się o tym dowiedziałeś?! – gniewne pytanie odbiło się od ścian pustego pomieszczenia.
Jack podszedł do krawędzi kamiennego kręgu i usiadł na postumencie.
Czekał.
Daniel Parrer krążył niespokojnie po hali rzucając od czasu do czasu inwektywy i mrucząc pod nosem. Jego opanowanie ulotniło się w jednej chwili. Właśnie świat walił mu się na głowę. W sensie prawie dosłownym. W pojęciu Parrera ich cywilizacji groziła katastrofa. Ludzkość nie była jeszcze gotowa na spotkanie z podróżami w czasie. Dojdzie do zamieszek… Konflikt, jaki ogarnie planetę, będzie zapowiedzią totalnej zagłady. Lata pracy pójdą na marne… Wszystko stracone…
Jack ze współczuciem spoglądał na niego. Jednak w tej chwili nic nie mógł zrobić. Trzeba było czekać. Wymienił znaczące spojrzenie ze stojącą przy oknie widokowym kobietą. Rina założyła do tyłu ręce i zdawała się spokojnie kontemplować rozgrywający się na morzu spektakl żywiołów. Sztorm przybierał na sile. Oboje zdawali sobie sprawę, że nie może wtrącać się do toczącej się właśnie rozmowy.
– No dobrze… – Parrer przestał się miotać po hali i podszedł do Jacka. – Jak Elian zdołał rozkodować sterownik?
– To trochę przypominało wynalezienie księżycowego lądownika…
Pytający wzrok Daniela Parrera uświadomił mu, że jednak znajomość anegdot nie zawsze jest podstawą komunikacji. Trzeba było wszystko wyjaśnić od początku. I czekać na pojawienie się ostatniego z bohaterów dramatu.
– Gdy przygotowywano loty na Księżyc problemem był ciężar paliwa. Trzeba było tyle go z sobą zabrać, by po wylądowaniu na satelicie być w stanie się od niego oderwać, pokonać grawitację i wrócić na Ziemię. Jednak znacząco wpływało to na masę samego statku. Naukowcy nie mogli sobie poradzić, więc rozpisali konkurs, chyba dla przedszkolaków… Coś w stylu: Jak wyobrażasz sobie lądowanie na Księżycu? I jedno z dzieci narysowało dwuczłonowy statek. Główny segment pozostaje na orbicie, a tylko lądownik schodzi na powierzchnię Księżyca. I to był strzał w dziesiątkę! I tu było podobnie. Cały problem twoich fizyków wynikał z faktu, że podczas lat studiów i badań nauczyli się myśleć schematycznie i trudno im było wydostać się poza utarte wzorce – sięgnął po sterownik i zaczął obracać go w dłoni. Kula znów miała srebrzystą barwę. – Elian nie miał takich ograniczeń jak oni. Nie myślał ich kategoriami, nie wiedział, co jest wykonalne, a co nie. On po prostu przyjął proste założenie, że sterowanie Wierzejami nie może być aż tak trudne, jak przedstawiają to naukowcy.
– I tylko na tej podstawie znalazł sposób obsługi mechanizmu?
Jack skinął głową.
– W końcu, według założenia, podróżować w czasie mieli ludzie zajmujący się badaniem wszelkich dziedzin, poczynając od archeologów i paleobotaników, a skończywszy na kulturoznawcach i socjologach. Musieli oni więc w jakiś sposób być zdolni do obsługiwania sterowników.
– A ty skąd to wiesz? Przecież niemożliwością jest, by Wernedi wyznał ci to wszystko. A z tego, co się orientuję nie masz bezpośredniego dostępu do przechowywanych dusz. Jeślibyś ten zakaz naruszył pozostałby ślad widoczny dla beneficjenta odbierającego depozyt. Od razu wyłapałby takie rażące naruszenie i powiadomił prawników. Wiem, bo sam nieraz korzystałem z waszych usług.
– Masz absolutną rację… Oczywiście pod jednym warunkiem.
– Mianowicie?
– Że istnieje beneficjent zdolny do odbioru zdeponowanej we mnie duszy.
W ciszy zalegającej pomieszczenie słychać było, jak Parrer głośno wciąga powietrze.
– Oczywiście… A ja kazałem zniszczyć klon i zabić Wernediego. Jednak wyłonienie na powierzchnię duszy drugiego człowieka prowadzi do destabilizacji psychiki nosiciela. A ty, wybacz określenie, wydajesz się być całkiem normalny…
Jack roześmiał się głośno.
– Zależy, co przyjąć za normę.
            Daniel Parrer znów zaczął krążyć po hali. Przetwarzał zasłyszane informacje i lokował je w odpowiednim kontekście. Co jakiś czas podchodził do ustawionych pod ścianami konsoli i odruchowo sprawdzał ich odczyty.
            Jack obserwował jego przechadzkę. Zastanawiał się, gdzie przyczaił się Elian i co też może wywabić go z kryjówki. Bo że przysłuchuje się ich konwersacji – było pewne. Nie odpuściłby sobie wtrącenia się w decydującym momencie i postawienia sytuacji na ostrzu noża. Zbyt wiele zainwestował w tę swoją rozgrywkę, by teraz się wycofać. Na szczęście Wernedi nie domyślał się nawet, że bezwolny pionek się zbuntował i ustanowił własne reguły gry.
– Słyszałem kiedyś o takim przypadku… – zaczął Parrer.
– A słyszałeś – przerwał mu Jack – że Wernedii zamierzał walczyć z tobą wszelkimi możliwymi sposobami i samemu czerpać korzyści z podróży Wierzejami?
– Jesteś pewien? – Parrer nie wydawał się zaskoczony tą informacją.
– Jak najbardziej. Wiem, przecież wchłonąłem jego duszę. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Stara, sprawdzona zasada.
I postanowił zagrać szach królowi:
– Wernedi był po prostu pazerny…
– Łżesz! – zza załomu paneli kontrolnych wyszedł młody mężczyzna gniewnie wpatrując się w Jacka. – Bezczelny kłamca! – powtórzył.
– A ty co tu robisz? – chciał wiedzieć Parrer.
Jack podniósł się z postumentu i teatralnym gestem wskazał na przybysza. Jednak, nawet po przyjęciu całej powagi i dostojności starego historyka, wciąż bywały takie momenty, gdy jego dawny charakter przebłyskiwał w czystej formie.
– Pozwólcie, że wam przedstawię – znacząca pauza wystarczyła, by rzucić ironiczne spojrzenie na młodego mężczyznę – …nowe wcielenie Eliana Wernediego.
Parrer podszedł bliżej i z zaskoczeniem spojrzał na przybysza.
– Ze wstydem przyznam, ale tego nie przewidziałem. Ty stary, szczwany lisie…
Jack przypatrując się stojącym naprzeciw siebie mężczyznom w duchu podziwiał ich determinację. Każdy z nich był święcie przekonany o słuszności własnych racji. Każdy za własne idee gotów był zapłacić życiem. Każdy sądził, że staje w obronie ludzkiej cywilizacji… Młody człowiek w roboczym uniformie kryjący w sobie kilkudziesięcioletnią duszę i spoglądający mu w oczy dojrzały mężczyzna w nienagannie odszytym, granatowym garniturze. Ale tylko jeden miał słuszność po swojej stronie. I tylko jednemu z nich przyjdzie dzisiaj zginąć.
            Ci dwaj mierzyli się wzrokiem. On natomiast czekał na ostateczny ruch.
            Nieznaczne poruszenie dłoni ukrytej w kieszeni przyciągnęło wzrok Jacka. Wernedi zaczerpnął powietrza. Koniec bezruchu.
– Żegnaj… – zaczął, lecz nim Parrer zdążył zareagować, głośny charkot wydobył się  z ust historyka desperacko walczącego o kolejny oddech.  
Wernedi odwrócił się jeszcze do tyłu i spojrzał z wyrzutem.
– Zdrajca… – wycharczał i osunął się na ziemię.
Rina opuściła swe stanowisko przy oknie i podeszła do nieruchomego ciała.
– Skąd wiedziałeś? – Parrer zerknął w puste oczy, za których przesłoną jeszcze niedawno znajdowała się wybitna dusza.
Jack podrzucił w ręce sterownik i zwinnie złapał w locie błyszczącą, srebrną kulę.
– Wernedii był świetnym nauczycielem, choć pewnie nie byłby zachwycony, że te nauki wykorzystałem przeciwko niemu samemu. Zastosował podwójny blef. Dwa razy deponował duszę, a mnie wystawił. A ja dwa razy cofnąłem się w przeszłość.
– Ale dlaczego?
– Bo przyszłość nigdy do końca nie jest zdefiniowana… A z drugiej strony to, co musi się stać i tak się stanie. Pytanie tylko, co uznamy za konieczność, w którym punkcie się poddamy i zrezygnujemy, a w którym staniemy do walki…?
Zerknął na stojącą nad ciałem naukowca kobietę. Jej zadanie zostało wykonane. Zapewne nie będzie mu dane dowiedzieć się, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby… Zresztą, nie ma co snuć domysłów. Podał jej kulę.
Skinęła głową w podzięce. Weszła na postument i stanęła pośrodku kamiennego kręgu.
– Dziękuję – rzekła i podrzuciła sterownik do góry. Srebrny przedmiot zawisnął nad nią, po czym zaczął wolno opadać, aż na wysokości jej wzroku rozbłysnął jaskrawym światłem. Gdy ich oczy rażone wybuchem fotonów na nowo zaczęły odbierać bodźce – w środku Wierzei nikogo już nie było.
– Skąd wiedziałeś?
Głos stojącego obok szefa korporacji wdarł się w jego myśli.  
– Za pierwszym razem – rzekł spoglądając na Parrera – nie miałeś tyle szczęścia. Leżałeś martwy u stóp Eliana.


*     *     *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Wierzeje Czasu" - już są!