poniedziałek, 11 czerwca 2018

"Srebrne ziarna" - opowiadanie


Kolejny grzmot przetoczył się pod ołowianą kopułą nieba. Zygmunt Wiatorski poprawił kołnierz płaszcza i przyspieszył kroku. Jeszcze chwila a rozpocznie się ulewa. Chciał przed nią zdążyć. Nie zabrał parasola, gdy zaaferowany wychodził z apteki. Zdążył tylko chwycić nieodłączną laskę z posrebrzaną rączką w kształcie stylizowanej muszli i wywiesić w witrynie kartkę, że nieczynne. Klienci będą narzekać, ale oni i tak zawsze na coś narzekają, taki urok obranego zawodu – wysłuchiwanie o prawdziwych i urojonych dolegliwościach. W tym momencie jednak nie miało to znaczenia.

            Poczekał, aż dorożka z trzęsąca się budą przetoczy się po nierównym trakcie. Konie niemrawo ciągnęły przed siebie i nawet woźnica, w tej szarudze zmierzchu, zdawał się nie zważać na kierunek jazdy. Wiatorski przeskoczył wypełniony błotem rynsztok i omijając dziury w bruku podążał na spotkanie.
            Z daleka już dostrzegł doktora Garlińskiego, jak wyłania się z kawiarni i idzie w jego kierunku. Oby tylko lekarz nie był w tym swoim nastroju do snucia wspomnień z dawnych lat, pomyślał z lekką irytacją i uchylił grzecznie kapelusza. Na szczęście kolejny huk przetoczył się nad miastem. Doktor zaniepokojony spojrzał w górę, tylko machnął na powitanie i drobiąc kroki oddalił się pospiesznie. Wiatorski odetchnął z ulgą.
            Następny grzmot wstrząsnął powietrzem. Musiało uderzyć gdzieś blisko. Oby tylko burza nie wznieciła jakiegoś pożaru.
Przeciął szybko Mały Rynek lawirując między zamkniętymi już o tej porze kramami. Rzucił okiem na witrynę „Składu herbaty”, by sprawdzić, czy może nie przyszła nowa dostawa. Ale nie, nie było żadnej wywieszki. Przy okazji o mało co nie wpadł na pozostawiony przy straganach wózek z wodą sodową.  Klnąc pod nosem na jego właściciela, starego Janka, skręcił w Szpitalną. Wyminął latarnika, który chodził z drabiną przewieszoną przez ramię i zapalał kolejne słupy. Niecierpliwość gnała Wiatorskiego do przodu. Jeśli tylko okaże się to prawdą…
Niespełna dziesięć minut wcześniej otrzymał wiadomość od znajomego antykwariusza. Prośbę, by przybył jak najszybciej. Czyżby wreszcie udało się odnaleźć księgę? Szesnastowieczny atlas roślin, którego poszukiwał od lat, miał być kolejnym krokiem w drodze do przyszłości.

*

            Dzwonek zabrzęczał nad wejściem. Przez uchylone drzwi wpadł ostry podmuch wiatru przynosząc kolejny huk grzmotu. Do wnętrza antykwariatu wdarł się zapach ulicznego pyłu nasiąkającego pierwszymi kroplami deszczu. Zapach wilgoci, brudu i końskiego łajna.
            W ciemnym wnętrzu paliły się dwie lampy. Rzucany przez nie blask z trudnością radził sobie z zalegającymi kąty cieniami. Wiatorski przez chwilę stał przy ladzie, aż wreszcie, zniecierpliwiony, sięgnął do stojącego na kontuarze dzwonka.
            – Nie radzę… – dało się słyszeć gdzieś z tyłu.
            Mężczyzna odwrócił się zaskoczony.
            Za wejściowymi drzwiami, na niskim zydlu, siedział zgarbiony mężczyzna. W luźnym płaszcz, zakapturzony, szczelnie otulony mrokiem.
            – Nie radzę – powtórzył. – On właśnie prowadzi bitwę…
            Wiatorski nie wiedział, co nieznajomy ma na myśli, jednak ton jego głosu, jakaś ukryta głęboko na dnie przestroga, kazała się wstrzymać. Posłusznie cofnął rękę.
            Deszcz powoli przybierał na sile. Duże krople uderzały w szyby i spływały po nich obfitymi strugami. Mrok rozpełzał się po podłodze i nawet podkręcenie płomieni lamp nic nie dało. Wiatorski przysiadł na krześle. Czekał tyle lat, więc te kilka minut nie powinno stanowić różnicy. Jednak nieświadomie coraz mocniej zaciskał dłonie na rękawiczkach.
            Zza kotary oddzielającej sklep od zaplecza, dawały się co jakiś czas słyszeć gniewne posapywania. Podłoga skrzypiała pod ciężarem kroków, widocznie antykwariusz przechadzał się tam i z powrotem roztrząsając jakiś problem. Ale dlaczego w takim razie wysłał mu tak naglące wezwanie?
            – Jak w aptece? – spytał nieznajomy tonem towarzyskiej pogawędki.
            – Dziękuję, dobrze…
            – A te nowe specyfiki, które pan przyrządzasz… Dobrze się sprzedają?
            – Dobrze. Dość… – Wiatorski zerknął na rozmówcę. W mroku próbował wychwycić jego twarz. Ten, jakby domyślając się tego zamiaru, zsunął kaptur z głowy, pochylił się, oparł łokcie na kolanach i utkwił w nim badawczy wzrok. Teraz dopiero można było dostrzec rysy twarzy.
            Nigdy wcześniej się nie spotkali, tego Wiatorski był pewien, jednak siedzący naprzeciwko starzec wydawał mu się dziwnie znajomy. Tak, jakby jego twarz wyryła mu się dawno temu w pamięci i od tego momentu pokrywała patyną kolejnych lat, aż całkowicie straciła swój rysunek.
            Teraz uważnym wzrokiem szacował rozmówcę. Obszerny brązowy płaszcz podróżny skrywał jego posturę. Zawiązany wokół szyi szkarłatny szalik dawno już stracił swój kolor i pokrył się burymi plamami. Jego wystrzępione końce smętnie dotykały desek podłogi. Ile człowiek ten mógł mieć lat? Sześćdziesiąt? Siedemdziesiąt? Siwe włosy zaczesane do tyłu, krótko przycięta broda, bruzdy na czole, głębokie zmarszczki wokół oczu i ten wzrok. Czujny, uważny, jakby jednym spojrzeniem ważący charakter człowieka. Siedzieli tak naprzeciw siebie i wzajemnie się oceniali. Obaj byli tego świadomi i żaden z nich nie czuł z tego powodu urazy czy skrępowania. Wiatorski po prostu wiedział, że tak powinno być.
            Nieznajomy, wyraźnie zadowolony z tych oględzin, w końcu przytaknął i podniósł się z krzesła.
            – Słońce zaszło – oznajmił.
Wiatorski nie był pewien, jaki ma to związek z antykwariuszem, ale nie skomentował czekając na ciąg dalszy. Nie omylił się. Starzec skierował się ku kotarze, jednak zanim po nią sięgnął, w przejściu ukazała się wątła sylwetka bibliofila.
– A tak… – mruknął na ich widok. Chwilę stał nieruchomo wpatrzony w siwowłosego mężczyznę. Przekrzywił lekko głowę, zmrużył oczy. Przypominał w tej chwili zasuszonego ptaka na chudych, krzywych nogach. Wydawało się, że z zakamarków pamięci próbuje przywołać nazwisko i skojarzyć je z wizerunkiem stojącego przed nim starca.
– Ur-Lei. – Imię to, niczym westchnienie ulgi, cicho wymsknęło się spomiędzy suchych warg. Antykwariusz skinął z szacunkiem głową. – Słońce zaszło. Chyba możemy zaczynać….
Wiatorski postępując za tą dwójką zastanawiał się, co też tu się właściwie dzieje. W głosie sklepikarza zapraszającego ich gestem do środka, słyszał wyraźne wahanie. To było ostrzeżenie, instynktownie czuł nadciągające kłopoty. W jakie znów perypetie dał się wciągnąć? Bo że coś się święci, tego był pewien. Jednak ciekawość, ta przeklęta ciekawość, nie pozwoliła mu się wycofać.

*

Odgarnął spłowiałą zasłonę i zagłębił się w wąski korytarz. Pozostała dwójka była już w pokoiku na tyłach i nachylała się nad blatem okrągłego stołu. Obaj wsparci na krzesłach z uwagą spoglądali na leżący przed nimi przedmiot. Wiatorski aż wstrzymał oddech. Czyżby to był…?
            Podszedł powoli. Miał nadzieję… Bał się… Sprzeczne emocje kłębiły się jak walczące ze sobą zwoje węży i rozszarpywały mu duszę.
            Z całych sił zaciskał dłonie w pięści. Żeby tylko nie zapeszyć… Żeby tylko nie dać się porwać szałowi radości.
            Pochylił się nad księgą.
            Nie była taka jak inne. Oprawiona w drewno bardziej przypominała zamkniętą na żelazne zatrzaski skrzynkę, niż kodeks rękopiśmienny, którego się spodziewał. Pytająco spojrzał na antykwariusza, a ten skinął głową na zgodę. Wiatorski delikatnie odchylił okładkę.
            Wewnętrzne strony z grubego pergaminu układały się w kolejne arcydzieła. Każda karta pokryta była kunsztownymi rysunkami przedstawiającymi obraz dojrzałego drzewa, obok następowało odwzorowanie liści, drobnych gałęzi z pierwszymi pąkami, rysunki kwiatów i ich przekrojów, owoców i ziaren. Precyzja schematów miała zastąpić brak opisów. W całym zbiorze nie było ani jednej nazwy, ani jednego zdania wyjaśnienia… Jednak Wiatorski przekonał się, że słowa są tu zbędne. Od początku wiedział, z jakimi gatunkami się zetknie, a dodatkowo przy rysunkach znajdowały się zasuszone okazy. Pochylił się nad nimi i przeciągnął po nich opuszkiem.
            – Nie farba – mruknął do siebie. – Z pewnością to nie może być farba. Nikt by się na to nie poważył. To zniszczyłoby okazy. Zniszczyłoby strukturę białek. To zbyt delikatne rośliny. DNA uległoby skażeniu…
            Nie zauważył, jak ponad jego głową antykwariusz rzucił nieznajomemu triumfujące spojrzenie. Nie dostrzegł też lekkiego uniesienia brwi i wzruszenia ramion tego drugiego. Skupiony na przeglądaniu kolejnych stron pogrążał się we własnym świecie.
            – Zdobienie – zdecydował w końcu. – Kiedyż to było? W osiemnastym wieku? Papierowe bibułki i suszone kwiatki nakładano na drewniane powierzchnie i przytwierdzano za pomocą kurzego białka. Ono dawało podkład i zabezpieczało równocześnie przed wilgocią. Decoupeage… Tak. To musi być to.
Podrapał paznokciem spękaną powierzchnię.
– Betula verrucosa. – Przewrócił stronę. – Fagus silvatica.
Kolejne nazwy przywoływał bez wahania, z biegłością dostępną tylko pasjonatom.
Jego uwagę zwrócił szczególnie piękny rysunek dębu.
– …zmielona kora powstrzymuje krwawienie… Emanuje energią, oddaje jej więcej, niż pobiera… – szeptał nieświadom, że swe myśli wypowiada na głos.
Ile minęło czasu? Trudno określić. Burza za oknem powoli cichła. Coraz rzadsze krople deszczu uderzały o szybę. Pomruk grzmotów dolatywał jeszcze z oddali, jak ostatnie pożegnanie dzikiego zwierzęcia, które okazawszy swą moc cofa się do legowiska. W pomieszczeniu zaległa cisza przerywana pomrukiwaniem Wiatorskiego i sykiem palących się lamp naftowych.
Antykwariusz przysiadł na krześle w rogu i spod półprzymkniętych powiek obserwował Wiatorskiego. Śledził każdy jego ruch, łowił każde słowo i co chwilę rzucał zadowolone spojrzenie na siwowłosego starca.
Ur-Lei pozostawał niewzruszony. Gładził swą krótką brodę i udawał, że nie dostrzega wymownych spojrzeń antykwariusza. To jeszcze za wcześnie… Zdecydowanie za wcześnie. Jeszcze nawet nie zakończyła się pierwsza próba, a ten stary liczykrupa zakłada, że oto znaleźli właściwego człowieka.
Szukał go tyle lat. Wielokroć spotykał ludzi, którzy, zdawać by się mogło, posiadali odpowiednie cechy. Nieraz bliski był wydania pozytywnego wyroku i przejścia do drugiej części egzaminu. Jednak zawsze, w którymś momencie, następowało coś, co go powstrzymywało. A to pomyłka w wypowiadanej nazwie, a to błędne datowanie lub, najczęściej, brak dostatecznej wiedzy o zastosowaniu. Jak dotąd zawsze w którymś momencie tej próby wiedzy kandydat, nieświadom niczego, przegrywał. Czego jak czego, ale stary erelin nie umiał spokojnie znieść ignorancji i niekompetencji. Zawsze wywoływały w nim irytację. I nawet nie starał się tego ukrywać.
Teraz natomiast, choć również nie chciał tego po sobie okazać, z coraz większą przyjemnością wsłuchiwał się w głęboki, rzeczowy głos Zygmunta Wiatrowskiego. I chyba pierwszy raz dokładnie mu się przyjrzał.
            Pochylający się nad księgą mężczyzna mógł mieć niewiele ponad czterdzieści lat. Ale na tym świecie widział o wiele za dużo, nawet jak na czuwającego. Bo to, że z czuwającym ma do czynienia, starzec spostrzegł od razu, gdy tylko zajrzał w jego zielone oczy. Człowiekowi temu przyszło żyć w czasach, do których nie należał. Ur-Lei widział to dokładnie w delikatnej strukturze duszy – ten człowiek, który narodził się prawie sto lat temu, wciąż cierpiał z powodu wyrwy, którą pozostawiło opuszczenie przypisanego mu w czasie miejsca. Ta wyrwa, ten palący brak, nigdy nie zostanie zaspokojony. Wiatorski będzie podróżował między wiekami, to było oczywiste, jednak nigdzie nie zazna spoczynku. Taki już był jego los… I człowiek ten, co erelin zauważył z pewnym zdziwieniem, znał obciążenia swego losu. I godził się na nie.
            Wiatorski nagle wydał jęk zawodu.
Ur-Lei zamarł w oczekiwaniu na ciąg dalszy. 
Brakowało ostatniej strony. Wiatorski zniecierpliwiony przerzucił jeszcze raz wszystkie karty, obejrzał skrzyneczkę ze wszystkich stron. Nie było mowy o pomyłce. W atlasie zabrakło drzewa, na którym najbardziej mu zależało.
            Ciężko opadł na krzesło.
            Dwaj pozostali mężczyźni obserwowali go bez słowa. To był moment krytyczny. Zapał towarzyszący poszukiwaniom niejednokrotnie, w obliczu klęski, zmieniał się we frustrację. Lata poszukiwań, wzloty i upadki, ślepe uliczki i kolejne tropy, i w końcu, gdy wydaje się, że zdobycz jest na wyciągnięcie ręki, gdy wręcz czuje się pod palcami drobne ziarna tego najbardziej upragnionego drzewa… Rozczarowanie niejednego pchnęło w objęcia szaleństwa.
            Starzec wielokroć był świadkiem załamań. Najpierw szok w rozlewającej się pod czaszką ciszy, potem zachłyśnięcie się uczuciem bezsilności, zalewająca wzrok fala szału, a na koniec ten upiorny chichot… W ostatnich latach coraz częściej zdarzało się, że kandydaci właśnie w tym momencie odpadali. Ludzka psychika coraz bardziej słabnie, myślał z niepokojem spoglądając na zgarbioną postać Wiatorskiego. Jednak selekcja musiała być bezwzględna. Nawet za cenę straconych dusz. W tym wypadku pomyłka co do osoby następcy nie wchodziła w grę.
            – Czy jest możliwe skontaktowanie się ze sprzedającym?
            Pytanie przełamało impas.
            Antykwariusz westchnął z ulgą, a Ur-Lei pozwolił sobie na nieznaczny uśmiech.
            – Ależ tak – sklepikarz podszedł do stołu i pieszczotliwie pogładził księgę. – Nie sądzę, by był z tym jakiś problem. Ale raczej nie do mnie powinien się pan z tym zwrócić.
            Znacząco wskazał na wciąż stojącego pod ścianą, obserwującego ich starca.
            – Szacowny Ur-Lei… Zechcesz…? – pytanie zakończone było głębokim ukłonem.
Wiatorski również podniósł się z krzesła, a nowa nadzieja błysnęła w jego oczach.
            – Czy to prawda? – chciał wiedzieć.
            Wiekowy erelin nic nie rzekł, tylko wskazał na drzwi i wyszedł pierwszy. Kroki podążającego za nim Wiatorskiego utwierdziły go w mniemaniu, że oto może, po raz pierwszy od wielu, wielu dekad, uda mu się przekazać część legatu.

*

            Deszcz wciąż siąpił, choć apogeum burzy już minęło. Obezwładniający mrok zalegał ulice miasta, a wrażenie chłodu potęgowała nadciągająca znad rzeki mgła. Białe pasma wchłaniały kolejne kamienice i kryły ich detale. Wszystkie budynki zlały się w jeden obraz. Tylko palące się gdzieniegdzie gazowe latarnie żółtymi kulami światła próbowały przebić otaczający je wilgotny kokon.
            Zygmunt Wiatorski posłusznie szedł za zakapturzonym starcem. Dopiero teraz dostrzegł, że jego przewodnik, mimo swego wieku, jest wysokim, zwalistym mężczyzną. Z każdym krokiem postępująca przed nim postać rosła i potężniała. Jednak Wiatorski musiał powściągnąć targającą nim niecierpliwość, gdyż jego towarzysz nie wdawał się w żadne rozmowy. Półsłówkami zbył jego pytania o cel wędrówki i tylko mruknął coś do siebie. Aptekarz wzruszył ramionami. Znoszenie tego gbura to, bądź co bądź, niewielka cena.
            Cofnął się myślami do momentu, gdy przed laty w jednym z siedemnastowiecznych manuskryptów znalazł informację o roślinie zwanej po prostu „arbor prima”, pierwszym drzewem. Z początku potraktował to na równi z innymi zabobonami czasów Sarmacji. Jednak nie dawała mu spokoju myśl, że oto może trafił na ślad, który pozwoli mu wyzwolić się z narzuconych okowów czasu. Postanowił spróbować.
            Powrócił do Krakowa. Było to ryzykowne. Polowanie na jego głowę wciąż przecież trwało… Jednak obrany cel przyćmił wątpliwości.
Miasto przełomu XIX i XX wieku przypadło mu do gustu o wiele bardziej, niż to, które opuścił prawie pięćdziesiąt lat wcześniej. Secesja brała właśnie w posiadanie podwawelski gród i rozkwitała pełnią kształtów i barw. Zachwycony odwiedzał domy miejscowych artystów, których sława przetrwa pokolenia. A wiedział to z całą pewnością, jaką dawał mu wgląd w przyszłe dekady. Podziwiał witraże, freski, krzesła i balustrady. Zachodził czasem do pracowni malarskich, by rzucić okiem na wyłaniające się z niebytu arcydzieła. Chłonął tę tętniącą życiem atmosferę przełomu wieków.
Ile przez ten czas się postarzał? Dwa, może trzy lata. Ile zapomniał? Niestety sporo. To była przykra konsekwencja decyzji, które niegdyś podjął. A teraz zaświtała nadzieja…
            Gdzieś w oddali rozległ się łoskot kół, przywołując go do rzeczywistości. Zarys ciemnej budy dorożki mignął w bocznej ulicy i zniknął we mgle. Jeszcze przez jakiś czas słychać było stukot końskich kopyt, a gdy wszystko przebrzmiało, nastała nienaturalna cisza.
            Wiatorski poprawił kołnierz płaszcza. Wyczuł zmianę jeszcze zanim uświadomił sobie, że jego przewodnik się zatrzymał. Instynktownie zacisnął dłoń na rączce laski.
            – Czasem – doszedł go szept starca – atak nadchodzi w najmniej odpowiednim momencie…
Nie umiał zidentyfikować placu, na którym się znaleźli; zupełnie stracił orientację. Mgła rozsunęła się na boki, tworząc wokół prawie pionową mleczną ścianę kryjącą za sobą fasady domów. Okrąg rozświetlały trzy latarnie walczące z matową bielą wirującą jeszcze w zagłębieniach bruku.
Rozejrzał się wokoło. Pustka była porażająca. Żadnego ruchu, żadnego dźwięku, tak, jakby nagle znaleźli się w szczelnie zamkniętej kuli. Brakowało punktów odniesienia, zarówno co do czasu, jak i przestrzeni. Zdezorientowany wysunął ukryte w lasce ostrze i czekał.
            Przeciwnik pojawił się znikąd.
Wpatrzony w mgłę Wiatorski nie zauważył go, dopiero łopot płaszcza kazał mu zwrócić się w lewą stronę. Najpierw owiał go gorący powiew wiatru, zaraz potem lodowate tchnienie zmroziło mu twarz. Szum skrzydeł. Potężnych skrzydeł. I świst klingi. Lata doświadczeń, do których mieszczanin nie zawsze powinien się przyznawać, zrobiły swoje. Instynktownie uchylił się przed ostrzem. Kątem oka widział, jak Ur-Lei wyjmuje starodawną szablę.
Dwa szybkie cięcia, zgrzyt metalu. Mgła pod stopami zawirowała. Dalej nie widział dokładnie przeciwnika. Próbował na nim zogniskować wzrok, lecz kontur postaci ciągle gdzieś umykał. Rozmazany cień tańczył wokół niego. Nie było możliwości, by spojrzeć napastnikowi w twarz.
            Kolejny rzut oka wystarczył, by wykluczyć jego przewodnika z tej potyczki. Starzec, choć w ręce dzierżył szablę, przysiadł na kamiennym murku, koniec klingi oparł o bruk i z widocznym zaciekawieniem śledził pojedynek.
            Wiatorski zgrzytnął zębami.
            Ta chwila rozproszenia wystarczyła. Ostry ból przeszywające lewe ramię przywołał go do porządku. Mocniej zacisnął dłoń na rękojeści i sparował kolejny sztych.
            Czas mijał na wymianie ciosów.
            – Tak go nie pokonasz – przez łoskot krzyżujących się kling przedarł się donośny głos. – Nie te umiejętności, nie to doświadczenie…
            – A jak? – wysapał cofając się kilka kroków.
            – Myśl!
            Irytacja obserwatora była niezaprzeczalna.
            Wiatorski starał się skupić na przeciwniku. Przez głowę przemykały mu nauki, które pobierał podczas wędrówki przez Italię. Te, które wyżej ceniły skuteczność, niż czyste pchnięcia. Wypady i osłony zaczęły się zlewać w jeden zamazany obraz.
            Kolejny świst kazał mu się uchylić. Lecz tym razem to nie szpada cięła powietrze. To było coś innego. Grubszego, bardziej giętkiego i bez wątpienia żywego. Zaskoczony odskoczył w ostatniej chwili i oparł się plecami o latarnię.
            Ta walka, widział to teraz wyraźnie, miała go zmęczyć. Miał opaść z sił, by potem… Wolał nie kończyć tej myśli. Nie wiedział czemu stał się obiektem ataku, jednak obecność Ur-Lei nasuwała pewne przypuszczenia. Gdyby tylko starzec zechciał cokolwiek wyjaśnić…
Jak na razie jego przewodnik trzymał się na granicy mgły i obserwował jego poczynania.
Wiatorski postąpił krok do przodu. Próbował wychwycić ruch przeciwnika. W pewnej chwili zdało mu się, że dostrzega w obłoku drgającego cienia zarys konia i siedzącego na nim jeźdźca. Trwało to moment. Zwiewna postać znów rozproszyła swe kontury. Spróbował kolejnego wypadu, jednak jego klinga znów cięła tylko dym. Dał się słyszeć dudniący rechot, a zaraz potem syk.
Następna wymiana cięć. Ataki i odbicia, które nie mogły rozstrzygnąć tej walki. A z pewnością nie mogły zakończyć jej zwycięstwem człowieka. Bo w tej potyczce naprzeciw niego postawiono demona. Myśl pojawiła się znikąd niczym olśnienie i w tym momencie obezwładniające uczucie strachu przedarło się do jego świadomości. Zadrżał.
Nie wierzył w duchy i zabobony. Był przecież człowiekiem nauki, chociaż w tych czasach nauka znajdowała się jeszcze w powijakach. Choć urodzony na początku XIX wieku znał przyszłe losy ludzkości, pokonywał bariery czasów i dane mu było dzierżyć w swym ręku klucz do jednej z największych tajemnic kosmosu. Nawet jego poszukiwania zielnika miały swe racjonalne podstawy. Jeśli znajdzie w nim to, co zapowiadał manuskrypt, dostanie wzór na panaceum. Wyleczy ludzkość z wszelkich dolegliwości. Da człowiekowi długie lata w szczęściu i zdrowiu, a biblijne genealogie liczące długość jednego pokolenia w setkach lat znów staną się rzeczywistością.
To nie była pycha… O nie. On chciał tylko zobaczyć efekt swych wieloletnich starań, ujrzeć, jak powierzone mu zadanie, wypełnione zgodnie z poleceniem preceptora, nabiera realnych kształtów przyszłych dziejów świata. To nie była przecież pycha…
A teraz miał przed sobą wcielenie demona. Wreszcie to pojął.
Choć jego racjonalny umysł burzył się przeciw temu stwierdzeniu, żadne inne nie wchodziło w rachubę. Demon. Teraz dopiero w otaczającym go obłoku zaczął dostrzegać materializującą się raz za razem postać. A więc tak to działa… Z zaskoczeniem spoglądał, jak wraz z każdym kolejnym cięciem szpadą jego przeciwnik nabiera coraz wyraźniejszych kształtów, aż w końcu go ujrzał.
Stali naprzeciw siebie. Obaj odziani w ciemne płaszcze, obaj dzierżący w dłoniach szpady. Krzyżujące się spojrzenia zielonych oczu niosły z sobą zdziwienie, zaskoczenie i sprzeciw. Wiatorski z krzykiem rzucił się na przeciwnika. Jak śmiał on przybrać jego postać?!
Suchy szczęk broni rozległ się w pustej przestrzeni placu. Wymiana ciosów postępowała coraz szybciej. Wiatorski oddychał głośno. Krok w przód, dwa w tył. Obchodził demona półkolem. Musiał się pilnować. Nie tylko ostra klinga wystrzeliwała w jego kierunku. Co pewien czas dawał się słyszeć syk rozeźlonego węża, który przemykał w niskiej mgle kłębiącej się pod nogami. Aptekarz czuł, że opada z sił. Należało jak najszybciej zakończyć ten pojedynek.
Chwycił się ostatniego sposobu. Szybkim ruchem na ugiętych nogach wykonał obrót, przerzucił szpadę do lewej ręki i ciął od dołu. Jednak przeciwnik nie dał się zaskoczyć. Sparował cios i wybił mu broń. Szpada zatoczyła łuk i z brzękiem upadła na bruk przy latarni.
Wiatorski zamarł.
– Podnieś – w głosie przeciwnika dało się słyszeć rozbawienie.
Zygmunt wolno podszedł do latarni i się pochylił.
On się ze mną bawi, stwierdził. To nawet nie jest sprawdzanie umiejętności, tymi bez wątpienia nade mną góruje. On się ze mną po prostu bawi. Myśl ta zirytowała go, lecz starał się niczego po sobie nie okazać.
Tak go nie pokonam… Myśl!
Odwrócił się i spojrzał na plac boju. Demon stał na środku i uśmiechał się nieznacznie. Opuszczone ostrze czekało na następne starcie.
Myśl!
Trzy latarnie próbowały przegnać mrok z placu. Z powodu otaczającej ich mgły granica światła i cienia rozmazywała się i falowała w takt niesłyszalnych podmuchów wiatru. Trzy żeliwne słupy, trzy kręgi światła. Wiatorski odepchnął się dłonią od latarni i ciągnąc za sobą ostrze szpady szedł w kierunku wroga. Demon obserwował go mrużąc oczy. Zielone oczy. Zupełnie takie same, jak jego własne.
Kolejne cięcia.
Tym razem próbował pomóc sobie obudową laski i odwrócić uwagę przeciwnika. Lecz i to nie na wiele się zdało. Drewno pękło w splotach wężowego cielska.
Wiatorski pochylił się próbując złapać oddech. Jeszcze tylko dwa ruchu, powtarzał sobie. Dwa ruchy.
Koniec ostrza znów zgrzytnął o bruk.
– Cóż to…? – Demon zaśmiał się cicho. – Erelin z sił opada?
Nie wiedział, jakie znaczenie ma nadane mu przezwisko, domyślał się tylko, że bardziej niż do niego pasuje ono do siedzącego nieopodal Ur-Lei. Starzec spokojnie spoglądał na rozgrywającą się przed nim scenę. Nie komentował, nie udzielał już rad. I, co ciekawsze, zdawało się, że pozostaje zupełnie niewidoczny dla demona. Jednak później przyjdzie czas na wyjaśnienia.
Szczęk broni znów rozbrzmiał na placu. Wiatorski ciął i odbijał. Próbował atakować, jednak przeciwnik, założywszy lewą rękę za siebie, z niedbałą finezją parował wszelkie ciosy. To jedno musiał przyznać: dane mu było stanąć naprzeciw mistrza.  
Znów cofnął się kilka kroków i zatrzymał na granicy cienia.
Gdzieś w oddali rozległo się uderzenie dzwonu. Pierwsze…, drugie…, trzecie…, liczył z niedowierzaniem. Trzecia w nocy… A zdawało się, że raptem dwa kwadranse temu wyszli z antykwariatu.
Gdy wszystko wokół znów umilkło, obaj przygotowywali się na decydujące starcie.
Demon wolno postępował ku niemu.
– Pora kończyć… To dla mnie zaszczyt, erelinie, zanurzyć ostrze w twym mężnym sercu.
Wiatorski widział zbliżający się czubek szpady. Wyczekał do ostatniego momentu i odbijając ostrze przeciwnika przerysował własnym po bruku. Domknął figurę.
W otaczającej ich ciszy dał się słyszeć głośny szczęk zatrzaskiwanej zapadki.
Demon zatrzymał się wpół kroku.
Zaskoczony trwał chwilę skamieniały, a potem błysk zrozumienia i szaleńczy gniew rozgorzały w jego spojrzeniu.
– Nie…! – zawył. – Nieee…!
Pułapka się zamknęła. Trójkąt został rozrysowany zgodnie z wymaganymi formułami. Siły zła nie mogły się  z niego uwolnić.
Wiatorski beznamiętnie wpatrywał się w cień, który z wolna tracił kształty i się rozwiewał. Ostatnie tchnienie demona przyniosło jeszcze pytanie.
– Kimże ty jesteś, erelinie?
– Z pewnością nie tym, którego szukałeś.
Czas jeszcze jakiś stał wpatrzony w pustkę. Zwiesił ramiona i opuścił głowę. Jego racjonalny świat właśnie diabli wzięli. Dosłownie. On, który miał strzec „Traktatu o Odeonach”, by przekazać go temu, który urodzi się za kilkaset lat…, on, który pokonywał progi czasów dzięki nauce, która jeszcze przez kilka tysięcy lat będzie ludziom nieznana… , został postawiony w obliczu nieznanego. I nie wiedział, jak zareagować…
– Dlaczego poszukiwałeś zielnika?
Otrząsną się z zamyślenia i odwrócił. Jego towarzysz nadal siedział na murku wspierając skrzyżowane dłonie na szabli.
– Jeśli się pytasz, czy wierzę, że na jego ostatniej stronie powinien znajdować się opis rajskiego drzewa, to odpowiedź brzmi: nie. Nie wierzę, że to, co odtworzono w zbiorze to legendarne drzewo życia. Chciałem tylko sprawdzić… Znaleźć nasiona i je zbadać. Jeśli choć w części miałyby te właściwości, które przypisywał im manuskrypt, to może, podkreślam „może”, ziarna te okazałyby się panaceum. W końcu jestem aptekarzem, a ludzie od tak dawna poszukują uniwersalnego lekarstwa na swe dolegliwości. A te ziarna, cóż… Teraz to chyba nieistotne.
Ur-Lei pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Sprawdź prawą kieszeń płaszcza – polecił.
Wiatorski posłusznie sięgnął dłonią i wyjął pięć srebrnych ziaren wielkości grochu.
– To dlatego cię widział.
Starzec, jedno po drugim, wolno zabierał ziarna. Zacisnął pięść i potrząsnął. Gdy ją rozwarł na dłoni spoczywało pięć szarych nasion w otoczeniu potrzaskanych łupin.
– Oto, co powinno się znajdować na ostatniej stronie zielnika. Jednak dawno temu uznano, że ludzie nie są jeszcze gotowi, by po raz wtóry sięgnąć po owoce arbor vitae. Więc je ukryto. Ale czasem zdarza się, że ktoś złamie tajemnicę. Jak choćby autor zielnika, który miałeś przed sobą. I wówczas, zamiast za wszelką cenę strzec ziaren przed ludźmi i demonami, erelin daje im do ręki narzędzie, którym są w stanie zniszczyć świat. Już raz przecież to zrobili… Jednak czymże byłaby wolna wola bez możliwości dotarcia do granic poznania?
            – Czego ode mnie chcesz?
            – Chcę… Nie… – Ur-Lei przerwał i pokręcił bezradnie głową. – Proszę, abyś stał się jednym z nas.
            – Dlaczego?
            – Masz mężne serce – stwierdził po prostu, ale widząc pytające spojrzenie Wiatorskiego uzupełnił. – Wiedziałeś, co powinno być w zielniku, umiałeś nazwać zawarte w nim eksponaty. To pierwszy krok: próba wiedzy. Poza tym umiesz walczyć, a to druga próba. W pojedynku nie pokładasz nadziei li tylko w sile i zwinności, lecz jesteś w stanie racjonalnie ocenić przeciwnika. Cóż…, demony to podstępne istoty. W otwartej walce niełatwo je pokonać, zawsze trzeba mieć w zanadrzu jakiś podstęp. Ty sobie z tym poradziłeś…
            – Czysty przypadek – wtrącił.
            – Przypadek czy nie, przeznaczenie, łut szczęścia, nazwij to jak chcesz. Zaistniał w najbardziej odpowiednim momencie. To kolejny znak. Demon ujrzał cię dzięki ziarnom, przecież poszukuje ich od tysiącleci. Aż dziw, że Bathin popełnił tak karygodny błąd. Nie docenił przeciwnika. Uznał cię za erelina, choć jeszcze nim nie jesteś. Nie dojrzał natomiast, żeś egregoroi.
            W pamięci Wiatorskiego to jedno nieznane słowo, otworzyło całą lawinę wspomnień, które wezbraną falą zalały jego umysł. Narodzony, by czuwać. Uczony, by strzec. Żyje po to, by dopełnić jednego z węzłów na liniach czasu, by dopilnować wszystkich nieprawdopodobnych splotów wydarzeń. Księga, którą wykradziono, której strzeże przed niepowołanymi, wiedza, którą musi zasiać w umyśle właściwej osoby… Człowieka, który się jeszcze nie narodził.
            Swe powołanie znał od zawsze, odkąd pamiętał, ale dopiero teraz wszystkie elementy jego życia na powrót zyskały właściwe proporcje. Teraz dopiero dostrzegł plan, który kierował jego krokami przez ostatnie dwa lata. Wszystko sprowadzało się do tej nocy, do tej walki i tego spotkania.
            – Trzecią próbą jest próba wyboru – rzekł siadając na murku obok przewodnika.
            Starzec aż zachłysnął się z wrażenia.
            – Nie powinieneś tego wiedzieć! Nikt poza erelinami o tym nie wie. A ty przecież, bądź co bądź, erelinem nie jesteś… Jeszcze…
            Wiatorski oczyścił ostrze szpady i rozejrzał się w poszukiwaniu laski. Roztrzaskana leżała nieopodal, nie było nawet sensu zbierać jej resztek.
            – Dajesz mi to, czego od lat szukam. Dajesz mi spełnienie nigdy niewypowiedzianych pragnień. Ale wraz z nim otrzymuję cierpienie tych, którzy posiedli pełnię wiedzy. Cena adekwatna do zdobyczy… Ale wiedza – dodał po chwili milczenia – nakłada obowiązek…
            Zwiesił głowę.
            – Nie przyjmiesz go? – zawód w głosie Ur-Lei był wyraźny.
            Wiatorski przecząco pokręcił głową.
            – Jeden człowiek nie może dźwigać ciężaru dwóch tajemnic, gdyż w chwili wyboru gotów jedną z nich rzucić na żer przeciwnikowi. Nasze spotkanie to kwestia dopełnienia losu… Lecz nie dlatego, byś mógł mi przekazać pieczę nad swą tajemnicą. To nie mnie wyznaczono do jej przejęcia.
            – Jestem tylko narzędziem… – stwierdził siwowłosy mężczyzna i nie wydawał się tym wcale oburzony. Wręcz przeciwnie, wyprostował się i uśmiechnął pod nosem. – A myślałem już, że odsyłają mnie w najdalsze nieba, gdyż za stary jestem na tułaczkę po ziemi. Cóż… – uderzył dłońmi w kolana i podniósł się lekko. – W takim razie pora się żegnać. Jednak, bądź co bądź, witaj w gronie erelinów. Wszak dokonałeś wyboru, co prawda innego, niż byś się spodziewał, innego, niż ja sam bym pragnął, jednak… wyboru. Tym samym przeszedłeś trzecią z prób.
            Wiatorski również się podniósł i wyciągnął rękę na pożegnanie.
            – Obyś, gdy przyjdzie odpowiedni czas, znalazł godnego następcę.
            Ur-Lei skinieniem podziękował za życzenia. Znikał już we mgle, gdy Wiatorski jeszcze za nim krzyknął:
            – Czy kiedykolwiek ktoś posadzi to drzewo na Ziemi?
            Starzec przystanął na granicy cienia i zerknął przez ramię.
            – Kto wie…? Kto wie…?


*          *          *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Wierzeje Czasu" - już są!