piątek, 28 września 2018

Festung Krakau – czyli Twierdza Kraków

Skąd się wziął w „Wierzejach Czasu” austriacki żołnierz Johann Knaus? I dlaczego pełni on wartę przy murach Wawlelu? Cóż…


   Mamy rok 1850, Kraków znajduje się w obrębie zaboru austriackiego i właśnie cesarz Franciszek Józef podjął decyzję o rozbudowie fortyfikacji miasta. Co prawda budowy z tym związane trwają już od kilku lat, ale to dopiero rok 1850 przynosi oficjalny dokument w sprawie Festung Krakau.
   Wawel staje się punktem centralnym – cytadelą. Wokół rozciągnięte zostają dwa pierścienie: wewnętrzny i zewnętrzny, na które składają się mury, wieże artyleryjskie, forty (m.in. przy kopcu Kościuszki), do tego koszary, szpitale, adaptacja istniejących budynków na potrzeby austriackiego wojska. Projekt realizowany głównie w latach 1850-60 obejmie ostatecznie 176 obiektów (nowopowstałych bądź przystosowanych). Rozbudowa Twierdzy Kraków ma dwojakie konsekwencje: z jednej strony stworzony pas umocnień znacząco ograniczy rozwój przestrzenny miasta, niejako zamknie je i stłoczy w obrębie murów; z drugiej jednak strony przy realizacji tego planu na budowach, w cegielniach i przedsiębiorstwach powiązanych zatrudnienie znajdzie wielu mieszkańców miasta i okolic, co wpłynie na rozwój gospodarczy regionu.

Źródło: CARTOGRAPHIA CRACOVIANA
   Ostatecznie na ulicach miasta nietrudno będzie się natknąć na austriackich żołnierzy, a Wawel prawie na pół wieku stanie się ich główną siedzibą. Stąd też wśród postaci „Wierzei Czasu” znajdzie się Johann Knaus – marznący w budce strażniczej, pomstujący na nieprzyjaznych Polen i przesądnie czekający, aż pojawi się Teufel z piekła rodem.

   Obecnie ciekawą propozycją na zapoznanie się z pozostałościami Festung Krakau jest  pieszo-rowerowy SZLAK TWIERDZY KRAKÓW, oznaczony habsburskimi barwami: żółtą i czarną, podzielony na tzw. część północną i południową, obejmujący około 100 zabytków.
 Relację na szlaku zawiera blog "Podróżnicze retrospekcje piechurka":

Urząd Miasta Krakowa wydał broszurę informacyjną Szlak Twierdzy Kraków , która zawiera krótką informację historyczną, mapy szlaku i informacje o odznakach turystycznych.




piątek, 14 września 2018

"Niedaleko pada jabłko"

Kolejna część przygód Zuzanny Krukowskiej już jest!

Kontynuacja "Nie ma tego złego"


            Dwa miesiące mijają od zabójstwa Julii Kurek i sławetnego spotkania klasowego. Życie w Grodowie wraca na utarte tory, poranki upływają niespiesznie na rozmowach z sąsiadami i plotkach, miasto przygotowuje się do zlotu starych samochodów, a Zuzanna Krukowska próbuje panować nad nerwami i w przypływie szału nie zamordować wujka Ryśka, redaktora naczelnego lokalnej gazety. Pracując jako dziennikarka coraz bardziej wciąga się w miejskie wydarzenia, czas dzieli między wernisaże i wykłady Klubu Starszych Sióstr, próbuje się dograć z nową współlokatorką i jej kotem. Wydawałoby się, że w końcu wszystko zaczyna się układać…
            Tylko nikt nie powiedział, że życie jest proste.
            Mimo najlepszych chęci (którymi ponoć piekło wybrukowane) znów popada w konflikt z Jakubem Bazylem, ma problemy z młodszą siostrą (która niespodziewanie pojawia się w Grodowie) i w dodatku znajduje zwłoki dyrektorki miejskiej biblioteki – Eugenii Growadzkiej.
            Tym razem amatorskie śledztwo prowadzone wespół z panną Krystyną Nowak idzie nadzwyczaj opornie. A to dlatego, że Growadzka miała ten szczególny dar mnożenia sobie wrogów i podejrzanych jest na pęczki. Poza tym Zuzanna jakoś nieszczególnie przepadała za dyrektorką, ani tym bardziej za jej przyjaciółką – postrachem grodowskiego liceum – profesor Haliną Widakowską.
            Ulegając jednak namowom panny Krystyny – zaczyna wgłębiać się w życie Growadzkiej, a to, co znajduje, nijak nie pasuje do oficjalnego wizerunku dyrektorki.
            Zuzanna, chcąc nie chcąc, wciąga się w śledztwo, entuzjazmem i inteligencją próbuje nadrabiać brak doświadczenia, a komplet wytrychów otrzymany w prezencie od pana Miecia – też się przyda! Bo, jak stwierdza panna Krystyna: „Nie ma to, jak rozpocząć dzień od udanego włamania!”

piątek, 7 września 2018

"Wierzeje Czasu" - fragment

Kraków, lipiec, 1850 rok
            Wawel ginął we mgle. Poranny chłód i wilgoć napływały mlecznymi smugami znad Wisły okalając wzgórze. Spod całunu bieli wyłaniał się ostry zarys zamku, wieże przebijały się ku górze bodąc sine niebo. Zapowiadał się dżdżysty lipcowy dzień.
Johann Knaus kulił się w budce strażniczej i przestępując z nogi na nogę próbował się jakoś rozgrzać. Nie spodziewał się nagłego spadku temperatury, więc teraz marzł w swoim mundurze. Chuchał w ręce i je zacierał, lecz niewiele to pomagało. Rozeźlony pomyślał, że to pewnie wina knowań tych podstępnych mieszczan. Choć nigdy nie przyznałby się do tego przełożonym, to jednak był pewien, że miejscowi są w jakichś konszachtach z siłami nieczystymi i wystarczy jedno słowo, by pojawił się Teufel z piekła rodem.
Ci Polen… Nie mógł przejść spokojnie ulicą, zewsząd otaczały go nieprzyjemne spojrzenia, jakieś szepty rzemieślników i śmiechy kumoszek. A przecież mundur austriacki powinien w nich budzić respekt i szacunek. Nie tak wyobrażał sobie swą służbę, gdy dostał powołanie do Krakau. To miało być spokojne, ciche, prowincjonalne miasto. Może i takie było, lecz każdorazowe wyjście na przepustkę przypłacał kolejnymi upokorzeniami. Spokoju zaznawał tylko w koszarach na Wawelu, otoczony szańcami i palisadami miał złudne poczucie bezpieczeństwa.
Teraz stał przy ścianie budki i obserwował jak z porannej mgły wyłaniają się strzępy budowanych umocnień. Kordon murów obronnych ze strzelnicami miał otoczyć wzgórze. Jeszcze rok, może półtorej i pierwszy etap budowy Festung Krakau będą mieli za sobą, rozmyślał.
            Zaniepokoiło go jakieś szuranie od strony nabrzeża. Ktoś szedł piaszczystym brzegiem Wisły i co kilka kroków kopał kamienie. Te uderzały o żwir, odbijały się głucho od desek łodzi lub z pluskiem wpadały do wody. Johann wytężył wzrok chcąc dostrzec przybysza. Nieznacznie sięgnął w kierunku broni. Czekał w napięciu, a kroki coraz bardziej się zbliżały. Dopiero drobna sylwetka ulicznika wyłaniającego się z mgły pozwoliła mu się rozluźnić. Czego jak czego, ale niepozornego dziesięciolatka z krzywo naciągniętą czapką i źle przystrzyżonymi włosami nie trzeba się było obawiać. Uspokojony oparł się o ścianę i wyjął tabakierę z podobizną Franza Josepha.
            Chłopak jakby dopiero teraz zauważył strażnika. Przystanął i rozejrzał się wokoło. Zaintrygowany żołnierz wyprostował się i omiótł wzrokiem otoczenie, w zasięgu wzroku nie było nikogo. Przeniósł spojrzenie na chudą sylwetkę. Chłopak podszedł do niego, a gdy Johann rzucił mu surowe spojrzenie, z ociąganiem ściągnął czapkę, zmiął ją w dłoniach i ukłonił się niezgrabnie.
            – Czego?
            – Do garnizonu kazali nieść – wydukał dzieciak.
            – Co?
            – Tego… – Chłopak sięgnął do kieszeni i wyjął z niej zmięty list. – Kazali nieść do garnizonu – powtórzył wyciągając przed siebie kopertę. 
            Johann sięgnął po przesyłkę i zaciekawiany rozprostował papier.
            Odgłos uderzeń stóp o mokry piasek kazał mu podnieść wzrok. Dzieciak gnał ile sił.
            A, niech sobie ucieka.
            Na kartce starannym pismem skreślono kilka zdań. Na szczęście po niemiecku, choć dziwny to był język. Zrozumiały, a jakże, tylko taki… niedzisiejszy, stwierdził Johann wczytując się w treść. Jednak z każdym kolejnym słowem coraz mniejszą uwagę zwracał na styl… Uprzejmy nieznajomy donosił, że winnym zabójstwa jednego z żołnierzy austriackich, który zginął w nocy dwa dni wcześniej, jest niejaki Zygmunt Wiatorski, właściciel ziemski z Korony, przebywający czasowo w Krakowie. „Niech sprawiedliwości stanie się zadość” – tymi słowami kończył się donos.
            Johann Knaus sapnął z zadowolenia. Jeśli wszystko się uda – pomyślał podkręcając wąs – awans murowany.

"Wierzeje Czasu" - już są!