piątek, 7 września 2018

"Wierzeje Czasu" - fragment

Kraków, lipiec, 1850 rok
            Wawel ginął we mgle. Poranny chłód i wilgoć napływały mlecznymi smugami znad Wisły okalając wzgórze. Spod całunu bieli wyłaniał się ostry zarys zamku, wieże przebijały się ku górze bodąc sine niebo. Zapowiadał się dżdżysty lipcowy dzień.
Johann Knaus kulił się w budce strażniczej i przestępując z nogi na nogę próbował się jakoś rozgrzać. Nie spodziewał się nagłego spadku temperatury, więc teraz marzł w swoim mundurze. Chuchał w ręce i je zacierał, lecz niewiele to pomagało. Rozeźlony pomyślał, że to pewnie wina knowań tych podstępnych mieszczan. Choć nigdy nie przyznałby się do tego przełożonym, to jednak był pewien, że miejscowi są w jakichś konszachtach z siłami nieczystymi i wystarczy jedno słowo, by pojawił się Teufel z piekła rodem.
Ci Polen… Nie mógł przejść spokojnie ulicą, zewsząd otaczały go nieprzyjemne spojrzenia, jakieś szepty rzemieślników i śmiechy kumoszek. A przecież mundur austriacki powinien w nich budzić respekt i szacunek. Nie tak wyobrażał sobie swą służbę, gdy dostał powołanie do Krakau. To miało być spokojne, ciche, prowincjonalne miasto. Może i takie było, lecz każdorazowe wyjście na przepustkę przypłacał kolejnymi upokorzeniami. Spokoju zaznawał tylko w koszarach na Wawelu, otoczony szańcami i palisadami miał złudne poczucie bezpieczeństwa.
Teraz stał przy ścianie budki i obserwował jak z porannej mgły wyłaniają się strzępy budowanych umocnień. Kordon murów obronnych ze strzelnicami miał otoczyć wzgórze. Jeszcze rok, może półtorej i pierwszy etap budowy Festung Krakau będą mieli za sobą, rozmyślał.
            Zaniepokoiło go jakieś szuranie od strony nabrzeża. Ktoś szedł piaszczystym brzegiem Wisły i co kilka kroków kopał kamienie. Te uderzały o żwir, odbijały się głucho od desek łodzi lub z pluskiem wpadały do wody. Johann wytężył wzrok chcąc dostrzec przybysza. Nieznacznie sięgnął w kierunku broni. Czekał w napięciu, a kroki coraz bardziej się zbliżały. Dopiero drobna sylwetka ulicznika wyłaniającego się z mgły pozwoliła mu się rozluźnić. Czego jak czego, ale niepozornego dziesięciolatka z krzywo naciągniętą czapką i źle przystrzyżonymi włosami nie trzeba się było obawiać. Uspokojony oparł się o ścianę i wyjął tabakierę z podobizną Franza Josepha.
            Chłopak jakby dopiero teraz zauważył strażnika. Przystanął i rozejrzał się wokoło. Zaintrygowany żołnierz wyprostował się i omiótł wzrokiem otoczenie, w zasięgu wzroku nie było nikogo. Przeniósł spojrzenie na chudą sylwetkę. Chłopak podszedł do niego, a gdy Johann rzucił mu surowe spojrzenie, z ociąganiem ściągnął czapkę, zmiął ją w dłoniach i ukłonił się niezgrabnie.
            – Czego?
            – Do garnizonu kazali nieść – wydukał dzieciak.
            – Co?
            – Tego… – Chłopak sięgnął do kieszeni i wyjął z niej zmięty list. – Kazali nieść do garnizonu – powtórzył wyciągając przed siebie kopertę. 
            Johann sięgnął po przesyłkę i zaciekawiany rozprostował papier.
            Odgłos uderzeń stóp o mokry piasek kazał mu podnieść wzrok. Dzieciak gnał ile sił.
            A, niech sobie ucieka.
            Na kartce starannym pismem skreślono kilka zdań. Na szczęście po niemiecku, choć dziwny to był język. Zrozumiały, a jakże, tylko taki… niedzisiejszy, stwierdził Johann wczytując się w treść. Jednak z każdym kolejnym słowem coraz mniejszą uwagę zwracał na styl… Uprzejmy nieznajomy donosił, że winnym zabójstwa jednego z żołnierzy austriackich, który zginął w nocy dwa dni wcześniej, jest niejaki Zygmunt Wiatorski, właściciel ziemski z Korony, przebywający czasowo w Krakowie. „Niech sprawiedliwości stanie się zadość” – tymi słowami kończył się donos.
            Johann Knaus sapnął z zadowolenia. Jeśli wszystko się uda – pomyślał podkręcając wąs – awans murowany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Wierzeje Czasu" - już są!