niedziela, 26 maja 2019

Kraków we wspomnieniach z XIX wieku

Książką, która daje barwny i porywający obraz Krakowa połowy XIX wieku, jest publikacja Marii Estreicherówny "Życie towarzyskie i obyczajowa Krakowa w latach 1848-1863". 


Z obwoluty można się dowiedzieć, że autorka - pochodząca ze znanej krakowskiej rodziny - jako jedna z pierwszych kobiet otrzymała doktorat z filozofii, ponadto była pierwszym doktorem anglistyki w Polsce. Pozostawiła po sobie wiele cennych rękopisów, a jej książka o Królewskim Mieście, powstała pod wpływem namowy Józefa Muczkowskiego (prezesa Towarzystwa Mikłośników Historii i Zabytków Krakowa) pierwszy raz ukazała się drukiem w roku 1936. 

Maria Estreicherówna sugestywnie opisuje zarówno miejską przestrzeń, jak i relacje społeczne, obyczaje i życie kulturalne tamtych czasów. Publikacje uzupełniają ryciny z epoki. 

Również język ma swój udział w snuciu historii sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat. Rzetelna wiedza i faktografia podane są w gawędziarskim tonie opowieści przy dobrej, aromatycznej herbacie. I tak tez można czytać te "pamiętniki" - jako zapis ulotnych chwil, które talent attorki na chwilę znów przywołał i ożywił.
A jedną z tych opowieści można zacząć tak: "Kobietom utrudniały dalsze spacery konwenanse, korki i krynoliny..." Czyż to nie porywające wprowadzenie do nowej opowieści? 


 


piątek, 12 kwietnia 2019

Kraków Stanisława Wyspiańskiego

Już tylko trzy tygodnie pozostały do zamknięcia wystawy poświęconej Stanisławowi Wyspiańskiemu.



Wystawa ta zorganizowana w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie otwarta została 28 listopada 2017 roku – w rocznicę śmierci artysty.
Ale koniec wystawy to nie powód, by porzucić zainteresowanie osobą, która związała swe życie z Krakowem i sporadycznie pojawia się na kartach „Wierzei Czasu”.
Poniżej zestawienie lokalizacji – wirtualnych i rzeczywistych, które pozwolą na spacer po Krakowie śladami Stanisława Wyspiańskiego.



 Znalezione obrazy dla zapytania wyspiański

piątek, 15 marca 2019

"Terra" - opowiadanie

Poniżej zamieszczam opowiadanie, które zostało wyróżnione w konkursie literackim SERCE KAPSUŁY CZASU organizowanym przez Fundację TWORZYMY KRAKÓW
Tekst znalazł się wśród tzw. Zwycięzców Wyróżnionych, których prace zostaną zdigitalizowane, zapisane na obecnie znanych nośnikach pamięci i złożone w „Kapsule Czasu” w formie cyfrowej. 


„Terra”
To nie był dobry moment. Gdyby tylko wyruszyła pięć minut wcześniej – zdołałaby uniknąć tego spotkania. A tak…?
Przywarła do ziemi licząc, że nagrobek dokładnie skryje jej postać, a bura, mocno zniszczona kurtka wtopi się w szarawe tło. Starała się uspokoić oddech i nie trącić wyschniętych liści, których szelest mógłby zaalarmować nowoprzybyłych. Ich było czterech, a ona tylko jedna. W bezpośrednim starciu nie miała najmniejszych szans.
Dlatego musiała przeczekać.
Szabrownicy widocznie byli albo zbyt znudzeni, albo zmęczeni zbliżającym się ku końcowi dniem, albo też na tyle dobrze im się powodziło, że mogli sobie pozwolić na niedbałość. Chodzili między nagrobkami rozglądając się pobieżnie, zajrzeli do kilku skrzynek zainstalowanych przy małych ławkach, ale w nich już od dawna niczego nie było. Wiedziała o tym doskonale. Wszak cmentarz przy kościółku świętego Jakuba na Stradomiu znajdował się najbliżej czegoś, co mogła nazwać domem. Wielokrotnie go już przeszukała. Zresztą nie tylko ona.
Znała innych, którzy nie zdecydowani się na exodus i pozostali w swoich domach. Zresztą, co by przyniosła wędrówka na południe? Tam nikogo nie znali, nie znali topografii, języka, zagrożeń… Tu przynajmniej niebezpieczeństwa były oswojone.
Wreszcie, po niecałym kwadransie, obcy oddalili się. Teraz należało szybko działać. Podniosła się z ziemi i pochylona przemknęła między nagrobkami. W końcu dopadła grobowca z początku XXI wieku. Przyklękła obok i pchnęła jedną z bocznych płytek.
Prawie westchnęła z ulgą, gdy włożyła do środka dłoń i trafiła na pozostawiony wczoraj foliowy woreczek. Wszystko było na miejscu!
To było ryzyko zostawiać tu fanty, ale wczoraj miała towarzystwo. A zdobycz była zbyt cenna, by się nią dzielić.  
Szaruga dnia przemieniała się powoli w nieprzeniknioną ciemność nocy. Nie rozświetlały jej uliczne lampy ani poświata z okolicznych domów.
Przeskakując wyrwę w murze cmentarza nie mogła wyrzucić dźwięczących jej w głowie wersów Apokalipsy. „I słońce stało się czarne jak włosienny wór, a cały księżyc stał się jak krew. I gwiazdy spadły z nieba na ziemię…”
Cóż… Mówiono, że II wojna światowa była tym czasem, ale nie… Apokalipsa nadeszła dopiero 2043 roku, gdy nieudana próba zestrzelenie meteorytu pokryła Ziemię ogniem i popiołami. A ci, którzy przetrwali, musieli się zmierzyć z najgorszym koszmarem.
Finis Terra.
Otrząsnęła się z przykrych wspomnień. To nie czas na rozpamiętywanie nieuniknionych wyroków losu. Poprawiła ukryty pakunek i uśmiechnęła się do siebie.
Choć świat się kończył, przynajmniej nie zabraknie im ognia. Zapalniczka i dwa nowe wkłady do zniczy były bezcennym skarbem.

*

Delikatny szum listowia kołysał ją do snu. Młoda lipa posadzona na wzgórzu nad miastem zastąpiła tę, którą ponad pół wieku temu roztrzaskały pioruny. Przecież to było drzewo herbowe, czyli niezbędne w tym idealnym krajobrazie.
Nie było się gdzie spieszyć… Nie było nic pilnego do zrobienia… Czas płynął leniwie w takt bzyczenia pszczół…
Siewca siedział obok oparty plecami o pień drzewa i czekał na jej decyzję.
– Czy zawód przydatny społecznie jest tym, co mi sugerujesz? – spytała po dłuższej chwili wracając do przerwanej rozmowy.
– Niczego nie sugeruję – zastrzegł. – Ja tylko poddaję pod twoją rozwagę opcje, które wynikają z wcześniejszych ustaleń. Wysiewam ziarno myśli i wariantów. Wrodzone predyspozycje, zainteresowania, cechy psychofizyczne… To wszystko tylko podpowiedzi. Najważniejsze dla społeczeństwa jest, byś wybrała taką profesję, która pozwoli ci się rozwijać, dostarczy satysfakcji z dobrze wykorzystanych możliwości, da maksymalne odczucie szczęścia.
– Czy wiesz, że jeszcze pięćdziesiąt lat temu dążenie do szczęścia było tylko czczą mrzonką? To znaczy: było niewymierne i bardzo intuicyjne… – nie bez dumy podkreśliła swe zainteresowanie socjohistorią. – Ludzie miotali się w swojej pracy, wypalali walcząc o lepsze zarobki, pozycję, prestiż, uczestniczyli w wyścigu szczurów mając za nagrodę tylko złudne poczucie wygranej. I nic więcej…
– Tak. Ale stanąć na skraju przepaści i zajrzeć w głąb otchłani to przeżycie pokoleniowe. Dobrze, że ludzkość była na tyle…
– Chyba nie powiesz: mądra.
– Nie… – siewca uśmiechnął się z lekkim przymusem. – W tamtym momencie to nie była kwestia mądrości, lecz instynktu samozachowawczego… Na szczęście mamy rok 2068 i kwestia dopasowania zawodowego nie stanowi już problemu. Więc jaką decyzję podejmiesz?
– Hmmm… – mruknęła. – Może zostanę historykiem literatury…? Czytałam ostatnio Miltona. Twierdził, że nie ma raju innego, niż raj utracony.
Siewca zaśmiał się teraz zupełnie otwarcie.
– Jak widać, każdy się może pomylić. Rozejrzyj się wokoło…
– Terra Repromissionis – rzekła odgadując jego intencję.
– Właśnie. Udało nam się odnaleźć ziemię obiecaną.

*

Fobos i Dejmos wschodziły nad pokrytym różowym pyłem horyzontem. Strach i trwoga… Widok dwóch księżyców Marsa stracił już sporo ze swej pierwotnej atrakcyjności. Tak to z nowościami bywa, zwłaszcza tymi długo wyczekiwanymi – zbyt szybko powszednieją.
Umiejscowienie kopuł w jednym z mniejszych kraterów wtórnych przy Holdenie było nieprzypadkowe. Zresztą przy tym projekcie niczego nie pozostawiono w rękach losu. Ani lokalizacji, ani firmy transportowej, ani składu poszczególnych grup zadaniowych. Ani nawet menu, co z pewną dozą zniechęcenia stwierdziła Jana, młodszy technik czwartego zespołu.
Lawirując między stolikami szybko podeszła do zwolnionego dopiero co miejsca przy oknie. Przynajmniej lunch zje z widokami, co prawda to tylko drobna rekompensata za brak smaku potraw, ale lepsza taka niż żadna…
– Nie odniosłaś próbek!
Ręka z widelcem zawisła w połowie drogi. Jana westchnęła, odłożyła sztućce i ze źle skrywaną niechęcią spojrzała na stojącego przy stoliku technika.
– Odniosłam – dobitnie zaakcentowała.
– Nie ma ich w bazie danych. Nie ma ich na stole. Nie ma ich również w koszyku. To ciekawe, gdzie się znajdują? – jad w głosie rozmówcy nie pozostawiał wątpliwości, na czyje konto pójdzie to przewinienie.
Jana przesunęła w jego stronę leżący na stole czytnik.
– Wprowadzone dwudziestego pierwszego marca 2093 roku według czasu uniwersalnego, podpisane. Wszystko zgodnie z procedurą.
– Nie ma ich w bazie – powtórzył adwersarz.
– Bo jakiś jełop nie odhaczył!
Stojący nad nią technik raz jeszcze zerknął na czytnik. Postukał w swój ekran, odwrócił się i odszedł bez słowa.
Jana westchnęła. Ponoć głupców nie sieją, zwłaszcza w bazach marsjańskich. Do projektu Terra Rosa kandydaci byli wybierani bardzo starannie. Ale cóż… Zawsze znajdzie się wyjątek potwierdzający regułę.

*

 – I to już koniec? – W głosie mężczyzny słychać było rozczarowanie. Wciągany przez kolejne historie został naraz brutalnie wyrzucony poza ich obszar. Potrząsnął głową, by przegnać sprzed oczu ostatnią wizję. – To autentyki? – Chciał się upewnić.
– Tak… Wszystkie trzy – potwierdziła stojąca naprzeciwko bibliotekarka.
– Więc mamy postapokalipsę, arkadię i utopię naukową. I tak wyobrażali sobie nasi przodkowie przyszłość? W tych uogólnieniach widzieli  jutrzejsze losy świata?
– Zazwyczaj. Mogę jeszcze wyszukać kolejne przykłady, do 2118 roku powstało ich tysiące, ale nie będą się znacząco różnić od tych właśnie zaprezentowanych. Jakoś, nie wiedzieć czemu, kreacje przyszłości trzymały się pewnych schematów. Może najważniejsza była przestroga, tęsknota lub marzenie…?
– Tak… Albo po prostu to, co jest naszym udziałem, nie mieściło im się w głowach – podsunął, ale bibliotekarka już zniknęła.
Wyszedł z budynku i uniósł twarz ku Słońcu. Ta sama gwiazda od tysiącleci oświetla Ziemię. Choć teraz to zupełnie nowy, nieznany obszar. Cofnął się myślą sto lat wstecz. Pomysły dawno nieżyjących już pisarzy śmieszyły go i rozczulały. Ale kimże on jest, by z wyższością i tą nuta pobłażania spoglądać na antenatów? Jaką ma nad nimi przewagę? Żadną.
Przecież ta opisywana przez nich przyszłość w ogóle nie nadeszła. A to, z czym przyszło się ludzkości mierzyć, to dla wszystkich Terra Incognita.
Na szczęście! Tak: na szczęście.

*  *  *

piątek, 1 marca 2019

Krakowski alchemik

Najsławniejszym krakowskim alchemikiem był Michał Sędziwój.
Żył na przełomie XVI i XVII wieku, studiował na Akademii Krakowskiej, organizował pokazy alchemiczne, pracował na dworze Zygmunta III Wazy i - według legendy - prawie że spalił wawelski zamek.
Jego historię opisuje Michał Rożek w publikacji "Mitologia Krakowa" (Wydawnictwo Salwator, Kraków 2009) w rozdziale "Dom Alchemika".

Postać Sędziwoja uwiecznił Jan Matejko na obrazie "Alchemik Sędziwój i Zygmunt III".


Michała Sędziwoja opisał też Andrzej Pilipiuk w trylogii:  Kuzynki, Lublin (2003, 2007); Księżniczka, Lublin (2004, 2007); Dziedziczki, Lublin (2004, 2007).

piątek, 25 stycznia 2019

"Śmierć motyli" - opowiadanie

Poniżej tekst, który zdobył I miejsce w konkursie literackim "Pigmalion fantastyki" w 2013 roku.

Fabuła nawiązuje do uniwersum przedstawionego w "Wierzejach Czasu"




Śmierć motyli


             Świat umiera. Znów i nieodwołalnie. Szukam przyczyny tego stanu rzeczy. Powolna agonia kolejnego bąbla w strukturze multikosmosu nie wróży dobrze na przyszłość. A ja… A ja tu po prostu utknęłam. Nie ma możliwości powrotu. Jedyna opcja to iść naprzód.
            Jednak zanim opuszczę ten świat podejmę ostatnią próbę. Tak ku przestrodze. Bo ile szans można zmarnować? Ile napotkanych rajskich krain utracić?
            Transporter idzie na ostatnim zapasie energii. Musi jej zostać na tyle, by przenieść nas i sprzęt. Więc nawet w swym największym odchyleniu membrany nie udźwignie wagi całego dziennika.
            Jeśli to czytacie, to jakimś zrządzeniem losu, przypadkiem, wyrokiem fatum lub po prostu Boskim cudem – udało się przerzucić te strzępy informacji na żer naukowcom Instytutu. Czego wam życzyć? Abyście się tym zadławili? A na zdrowie!
            Ja idę dalej. Następny krok w nieznane. Bo kiedy umiera wszechświat jedyną szansą na przeżycie – jest go opuścić.

Dzień pierwszy
            Przeszliśmy.
            I kto by pomyślał, że operowanie anomaliami energii Plancka może być tak trudne i tak proste zarazem?
            Zgodnie z wytycznymi – będę się starała notować wszystkie swoje obserwacje, bez względu na to, czy uważam je za istotne z naukowego punktu widzenia, czy też nie. Zresztą –  nie moją rzeczą jest zbierać na tej ziemi materiały do badań. To zadanie dla pozostałej trójki. Więc dlaczego znalazłam się w ekipie wysłanej na eksploatację tego wszechświata? Ponieważ nie można być wciąż teoretykiem. Poświęciłam prawie dwadzieścia lat życia na badanie multiversum. To, ile doświadczyłam po drodze wzlotów i upadków mogłoby stanowić kanwę osobnej opowieści. I w końcu – sukces!
            Ale przecież to wszystko wiecie. Przecież teraz sami ślęczycie nad kolejnymi rozwinięciami wzoru. Sposoby namierzania kolejnych wszechświatów to już oddzielna dyscyplina naukowa. Ja wytyczyłam szlak. Teraz sami się dalej bawcie.
            W końcu – spełniło się marzenie. Przeszłam do innego świata.
            Cel misji: sprawdzić, czy wszechświat ten jest stabilny, czy nadaje się do masowej kolonizacji. W obliczu nieuchronnej zagłady naszej planety tylko ta jedna opcja pozostała. Inne, testowane przez stulecia, nie dały spodziewanych rezultatów. I kto by pomyślał, że łatwiej będzie człowiekowi opuścić znany wszechświat, by udać się na poszukiwanie raju,  niż dotrzeć do gwiazd i kolonizować obce układy słoneczne. Łatwiejsze okazało się przejście w inny wymiar, niż pokonanie prędkości światła. Cóż za ironia…
            To pierwszy dzień w tym wszechświecie… A przynajmniej tak mi się wydaje. Pobudka była dość długa i doprawdy trudno określić, czy po przejściu spaliśmy godzinę, dwie, czy też cały tydzień.
            Ocknęliśmy się na plaży. Zebraliśmy porozrzucane skrzynie ze sprzętem. Dziwne, że niektóre dotarły bez uszkodzeń, inne są poobijane bądź otwarte, niektórych w ogóle nie ma. Przejrzeliśmy swój dobytek. Sprzęt do badań jest prawie w całości. Zabrakło tylko wyrzutni do satelitów. Rozbiły się skrzynie z wyposażeniem namiotów, choć śpiwory i materace udało się wyłonić z laguny. Prowiant zniknął. Mamy tylko to, co było spakowane w podręcznych torbach. Paczka sucharków. Trzeba będzie przede wszystkim poszukać źródła pitnej wody i pożywienia.
            Jak na razie większość dnia upływa nam na porządkowaniu ocalonego dobytku i organizowaniu bazy w cieniu najbliższych palm stojących na granicy plaży i dżungli.
            Dżungla. Jak to dziwnie brzmi. Tak, jakbyśmy wybrali się na wycieczkę na Pacyfik i natrafili na rajską wyspę.
            Jamaan wszedł kilkaset metrów w głąb tej plątaniny zieleni. Obserwowaliśmy jego wycieczkę na podręcznym dysku hologramu. Ileż tu motyli…

Dzień drugi
            Rozpięliśmy ochronną siatkę ponad wyspą. Pocieszenie – nikogo poza nami tu nie ma. Ale pojawiły się trudności. Pierwsza i podstawowa – ląd jest za mały. Jeśli nie uda nam się stąd wydostać i sprawdzić, czy na tej planecie są inne wyspy zdatne do zamieszkania – to nic tu po nas. Nie da się przecież kolonizować planety mając w zanadrzu jedną niewielka wyspę. Porażka.
            Znaleźliśmy źródło słodkiej wody. Nie wspominając o wodospadzie. Obrazy jak z raju: soczysta zieleń, szmaragdowa woda, tęczowa mgła, feeria kolorowych kwiatów. I motyle… Dziesiątki, setki motyli unoszących się wokoło, wirujących, drgających. Szum wiatru w liściach, szum spadającego wodospadu, szum krwi w uszach, gdy uświadamiam sobie, że nie ma powrotu. Teraz dopiero dociera to do mnie w całej pełni. O ironio! Tak bardzo pragnęła odkryć nowy, nieznany świat! Być pionierem! Stanąć w jednym szeregu z największymi… Pycha została pokarana. Chciałam tego tak bardzo, że gotowa byłam zaryzykować własnym życiem. Jednego tylko nie uwzględniłam… Złożyłam na szalę również życie innych ludzi.

Dzień trzeci
            Rozesłaliśmy szukacze na osiem stron, zgodnie z wytycznymi róży wiatrów. Ostatni z mechanicznych sensorów zbliża się właśnie do linii horyzontu. Jeszcze kilka minut i stracimy go z oczu. Zasięg ustawiony na trzysta kilometrów. Jeśli w tym obrębie nie ma żadnego innego lądu, będziemy się starali rozszerzyć poszukiwania, choć wątpię, czy uda nam się przesunąć tę granicę chociażby o pięć kilometrów. Sprzęt też ma swe ograniczenia. Co wówczas? Na razie odsuwam od siebie tę opcję.
            Wraz z Anną i Jamaanem staramy się badać otoczenie. Głównie florę i dostępną nam faunę. Niespecjalnie znam się na biologii i tylko próbuję pomagać pozostałej dwójce. To oni są tu specjalistami. Anna zbiera liście, skanuje je i wprowadza do systemu. Jamaan biega po wyspie z siatką na owady i poluje na motyle. Biedne… Stają się przyszpilonymi eksponatami ułożonymi w równe rzędy. W zasadzie im współczuję, choć to śmieszne. Jednak spoglądając na sztywne, rozłożone skrzydła mieniące się błękitem, mam nieodparte wrażenie, że jakaś część duszy…, mojej, Jamaana, nie wiem czyjej…, że jakaś część duszy właśnie bezpowrotnie umiera… Szaleństwo.
            Nie mogę spać. Pół nocy przewracam się z boku na bok. Słyszę szum fal uderzających o piaszczysty brzeg. Powinny mnie ukołysać do snu, ale nic z tego. Liczę kolejne uderzenia…

Dzień piąty
            Szukacze jeszcze nie powróciły i zaczynamy się niepokoić. Każdy z nas próbuj podejść do tego z pewną nonszalancją, jednak… Gdzieś w podświadomości narasta lęk. Co, jeśli nie znajdziemy innego lądu? Większego. Co, jeśli wyspa, na której się znaleźliśmy, jest jedyną na tej planecie? Śmieszne? Może. Jednak w tym momencie wcale mi nie jest do śmiechu.
            Oddaliłam się od reszty.
            Słońce zaszło godzinę temu. Mrok zapada tu bardzo szybko, bez tego przejściowego bufora zmierzchu. Na niebie rozbłysły gwiazdy…
            Zostawiłam towarzystwo przy ognisku, a sama przewędrowałam plażą do zatoki. Leżąc na piasku czuję pod plecami ciepło minionego dnia. Próbuję się wsłuchać w nocne odgłosy wyspy, ale trudno jest cokolwiek wyłowić z otaczającej mnie ciszy. Poza owadami w głębi i skorupiakami nad brzegiem – nie ma ty żadnych zwierząt. Nie ma nawet ryb w oceanie. Dziwny wybryk ewolucji, czy też pozostałość po jakiejś katastrofie? Nie umiem znaleźć odpowiedzi. Tak więc las, poza szumem liści i skrzypieniem pni palmowych, nie wydaje żadnych odgłosów. Jest to o wiele bardziej przerażające, niżby z puszczy miały dobiegać mrożące krew w żyłach wrzaski. Nawet skrzek małp w tej chwili przywitałabym z ulgą.
            Tymczasem wpatruję się w niebo. Granat nocy buduje nade mną ogrom wszechświata. Gwiazdy rozstawiono w nieznanych nam konfiguracjach. Nie ma tu gwiazdozbiorów z ziemskich atlasów nieba. Nie jest to żadna ze sklasyfikowanych galaktyk. Tę, bez względu na położenie, komputer byłby w stanie nazwać na podstawie siatki gwiazd. Nie… Są dwie możliwości. Albo ta galaktyka leży poza obszarem zdolności pomiarowych naszych instrumentów, co jest raczej wątpliwe, albo też jest niewidoczna za względu na czarną materię.
            Jest jeszcze trzecie wyjaśnienie.       
Założyliśmy, że sąsiednie uniwersa, mimo oczywistych różnic, są zbudowane tak, jak nasze. Przyjęliśmy, że we wszystkich układy gwiazd będą się pokrywać. Ot, po prostu kosmos pączkujący w liczne, paralelne wszechświaty. Pomyliliśmy się.
To, z czym się zetknęliśmy, to pojedynczy stan obserwowalnej rzeczywistości. Spośród nieskończonej liczny możliwych wyborów i rozwiązań, ten się urzeczywistnił i objawił naszym ułomnym zmysłom. Wszechświat tak zupełnie różny od naszego, że gwiazdy rodzą się tu i umierają według własnego, niepowtarzalnego planu.
            Dalej wypatrujemy sond.

Dzień szósty
            Zaczyna nas trawić głód.
            Zapasów mamy pod dostatkiem. Syntetyczne racje żywnościowe starczą jeszcze na co najmniej cztery tygodnie. O to na razie nie mamy się co martwić. Jednak trawi nas głód.
            Choć żołądek jest pełny, mózg wysyła naglące sygnały. Chce jeść! Jeść! Ale co? Nie możemy znaleźć tego smaku. Nie znamy go.
Jamaan zaznajomił się z tutejszymi owocami i przekonał nas, że są jadalne. Anna podeszła do tego bardziej sceptycznie. Odczekała dobę i uważnie obserwowała pozostałych. Żyjemy. Jej zapobiegliwość jest wybitnie denerwująca w swej racjonalności. Chłodna kalkulacja życia i śmierci. Jednak nawet owoce nie zaspokajają głodu. Wciąż szukamy.

Dzień dziewiąty
            Wróciły trzy sondy. Trzy z ośmiu wysłanych. Co się stało z pozostałymi? Ze wszystkimi straciliśmy kontakt, gdy wyszły poza granicę trzystu kilometrów. W tym momencie powinny automatycznie zawrócić, jednak po dwóch dniach oczekiwania wiedzieliśmy, że straciliśmy urządzenia. A tu tymczasem taka niespodzianka.
            Kertworth pierwszy dostrzegł ruch na horyzoncie. Wszystkie przybyły z tego samego kierunku, choć przecież miały zaplanowane różne trasy. Wszystkie trzy płynęły w jednej linii, w odstępie dziesięciu metrów od siebie. Dlaczego nie unosiły się ponad falami, tylko pozwalały im nieść? Ocean łagodnie osadził je na piaszczystej plaży i cofnął się nie dotykając ich po raz kolejny.
            Staliśmy tam dobrą chwilę w bezruchu, wpatrzeni w obłe, srebrne kształty.
            Wreszcie Kertworth, wzruszając ramionami, podszedł do urządzeń i przeniósł je do jednego z namiotów. Wygonił wszystkich tłumacząc, że w spokoju musi oczyścić sondy, sprawdzić, czy nie zostały uszkodzone, zgrać dane. Dopiero później, powiedział, przedstawi nam wyniki. Niechętnie wyszliśmy.
            Siedzimy na pniach wokół ogniska i czekamy na informacje. Mija już druga godzina, a z namiotu dobiegają tylko jakieś okrzyki. Z ich intonacji nie jesteśmy w stanie odczytać, czy to dowód gniewu, radości, czy rozczarowania. Spoglądamy po sobie w milczeniu.

Dzień dziesiąty
            Odczyt danych z sond. Nie tego się spodziewaliśmy. Muszę to przemyśleć. I wyciągnąć wnioski… Jeśli to w ogóle możliwe.
            Sondy przyniosły ze sobą obraz innej wyspy. Wszystko przed dotarciem na drugi ląd jest wykasowane. Tak, jakby zapis zaczął się dopiero po wylądowaniu szperaczy na plaży. Od tego momenty nieprzerwanie przez kilkanaście godzin trwa nagranie. Sondy obleciały wyspę zgodnie z wytycznymi. Najpierw linia brzegowa, potem wyznaczenie sześciu punktów po okręgu i centrum. Potem siatka.
            Zaskoczenie?
Miasto. A raczej – ruiny miasta. Kiedy to było? Na oko jakieś dwieście, dwieście pięćdziesiąt lat temu. Skalne bloki porośnięte dżunglą. Obraz śmierci… Chociaż… Na nagraniu nie ma żadnych mogił, skaner nie znalazł szczątków ludzkich, nie ma szkieletów. Nie ma nawet śladowych ilości DNA. Tak, jakby budowniczowie tego miejsca rozwiali się w niebycie. I tylko te malowidła…
            Większość domów zdobi nad wejściem symbol błękitnego motyla. Morpho. Jego skrzydła, mimo upływu czasu, wciąż błyszczą jaskrawym szafirem.
            I jeszcze jedno: rysy.
            To tak, jakby na strukturze samej przestrzeni pojawiały się pęknięcia. Uświadomiły mi to dopiero nagrania. Dotychczas sądziłam, że to złudzenia, iluzje światła i cienia, ale nie… Tam, na tej drugiej wyspie, tych rys jest znacznie więcej i nie można mieć wątpliwości, co do ich istnienia. U nas one dopiero się pojawiają.
            Rozmawiałam o tym z pozostałą trójką. Też dostrzegli załamania. I też, tak jak ja, uznali je początkowo za wytwór wyobraźni. Teraz jednak to pewnik – w strukturze tego świata następuje zmiana.
            Nie znamy czynnika ją wywołującego. Zastanawia mnie, czy to nie nasza obecność była katalizatorem…

Dzień piętnasty
            Rysy pojawiają się coraz częściej. Staramy się je omijać. Nie wiemy, co z sobą niosą. Wygląda to tak, jakby spoglądać przez pomarszczoną folię. Niby wszystko widać, a jednak przesunięcia i załamania linii dezorientują.
            Nie mogę spać.

Dzień szesnasty
            Jamaan zamknął swą kolekcję. Poszło mu to nadspodziewanie szybko. Wszystkie dostępne na wyspie motyle ma sklasyfikowane i wprowadzone do systemu. Może uda się przesłać te dane. Wyszła równa liczba: dwadzieścia pięć gatunków. Niewiele. Zaskakująco niewiele.
            Poszłam nad wodospad. Jak tu cicho… Nie, huk wody trwa w najlepsze, jednak zdaje mi się, że zobojętniałam na ten dźwięk i gdzieś za nim słyszę ciszę…
            Dopiero gdy wróciłam do obozu uświadomiłam sobie, że nie widziałam żadnego motyla.

Dzień dwudziesty drugi
         Kertworth wpadł do namiotu w środku nocy. Nie zbudził nas, bo i tak nikt tu nie śpi. Nie jestem w stanie tego pojąć. Jak mózg może funkcjonować obywając się tyle dni bez snu? Przecież grozi to obłędem.
            Szarpie nas i pospiesza. Coś znalazł.
           To zaledwie mignięcie.
           Gdy sonda badała ruiny jedna z kamer uchwyciła freski. Wcześniej, skupieni na wypatrywaniu jakiegokolwiek dowodu istnienia życia – zupełnie to przeoczyliśmy. Teraz, gdy Kertworth zatrzymał i wyczyścił obraz, uderza nas jego wymowa.
            Połączenie piktogramów i jakichś symboli, prawdopodobnie pisma. Z analizy wynika, że nie jest to żaden za znanych nam systemów zapisu bądź kodowania. Komputer nie znajduje punktów odniesienia. Jednak same rysunki są czytelne.
            To ludzie. Na pewno.
            Z ich ciał wyłaniają się motyle. Wirują wokół. Szczęście i spokój.
            A potem katastrofa.
            Martwe motyle u stóp opłakujących je ludzi. Zwiędłe skrzydła.
            I śmierć.
            Stoimy wpatrzeni w obraz.
Jeden człowiek, jedno istnienie, jedna dusza. Jeden motyl.
            Jedna, wspólna śmierć.
            I dopiero teraz dociera do nas z przerażającą jasnością.
            Na naszej wyspie nie ma już motyli.

 
______________




"Wierzeje Czasu" - już są!