piątek, 15 marca 2019

"Terra" - opowiadanie

Poniżej zamieszczam opowiadanie, które zostało wyróżnione w konkursie literackim SERCE KAPSUŁY CZASU organizowanym przez Fundację TWORZYMY KRAKÓW
Tekst znalazł się wśród tzw. Zwycięzców Wyróżnionych, których prace zostaną zdigitalizowane, zapisane na obecnie znanych nośnikach pamięci i złożone w „Kapsule Czasu” w formie cyfrowej. 


„Terra”
To nie był dobry moment. Gdyby tylko wyruszyła pięć minut wcześniej – zdołałaby uniknąć tego spotkania. A tak…?
Przywarła do ziemi licząc, że nagrobek dokładnie skryje jej postać, a bura, mocno zniszczona kurtka wtopi się w szarawe tło. Starała się uspokoić oddech i nie trącić wyschniętych liści, których szelest mógłby zaalarmować nowoprzybyłych. Ich było czterech, a ona tylko jedna. W bezpośrednim starciu nie miała najmniejszych szans.
Dlatego musiała przeczekać.
Szabrownicy widocznie byli albo zbyt znudzeni, albo zmęczeni zbliżającym się ku końcowi dniem, albo też na tyle dobrze im się powodziło, że mogli sobie pozwolić na niedbałość. Chodzili między nagrobkami rozglądając się pobieżnie, zajrzeli do kilku skrzynek zainstalowanych przy małych ławkach, ale w nich już od dawna niczego nie było. Wiedziała o tym doskonale. Wszak cmentarz przy kościółku świętego Jakuba na Stradomiu znajdował się najbliżej czegoś, co mogła nazwać domem. Wielokrotnie go już przeszukała. Zresztą nie tylko ona.
Znała innych, którzy nie zdecydowani się na exodus i pozostali w swoich domach. Zresztą, co by przyniosła wędrówka na południe? Tam nikogo nie znali, nie znali topografii, języka, zagrożeń… Tu przynajmniej niebezpieczeństwa były oswojone.
Wreszcie, po niecałym kwadransie, obcy oddalili się. Teraz należało szybko działać. Podniosła się z ziemi i pochylona przemknęła między nagrobkami. W końcu dopadła grobowca z początku XXI wieku. Przyklękła obok i pchnęła jedną z bocznych płytek.
Prawie westchnęła z ulgą, gdy włożyła do środka dłoń i trafiła na pozostawiony wczoraj foliowy woreczek. Wszystko było na miejscu!
To było ryzyko zostawiać tu fanty, ale wczoraj miała towarzystwo. A zdobycz była zbyt cenna, by się nią dzielić.  
Szaruga dnia przemieniała się powoli w nieprzeniknioną ciemność nocy. Nie rozświetlały jej uliczne lampy ani poświata z okolicznych domów.
Przeskakując wyrwę w murze cmentarza nie mogła wyrzucić dźwięczących jej w głowie wersów Apokalipsy. „I słońce stało się czarne jak włosienny wór, a cały księżyc stał się jak krew. I gwiazdy spadły z nieba na ziemię…”
Cóż… Mówiono, że II wojna światowa była tym czasem, ale nie… Apokalipsa nadeszła dopiero 2043 roku, gdy nieudana próba zestrzelenie meteorytu pokryła Ziemię ogniem i popiołami. A ci, którzy przetrwali, musieli się zmierzyć z najgorszym koszmarem.
Finis Terra.
Otrząsnęła się z przykrych wspomnień. To nie czas na rozpamiętywanie nieuniknionych wyroków losu. Poprawiła ukryty pakunek i uśmiechnęła się do siebie.
Choć świat się kończył, przynajmniej nie zabraknie im ognia. Zapalniczka i dwa nowe wkłady do zniczy były bezcennym skarbem.

*

Delikatny szum listowia kołysał ją do snu. Młoda lipa posadzona na wzgórzu nad miastem zastąpiła tę, którą ponad pół wieku temu roztrzaskały pioruny. Przecież to było drzewo herbowe, czyli niezbędne w tym idealnym krajobrazie.
Nie było się gdzie spieszyć… Nie było nic pilnego do zrobienia… Czas płynął leniwie w takt bzyczenia pszczół…
Siewca siedział obok oparty plecami o pień drzewa i czekał na jej decyzję.
– Czy zawód przydatny społecznie jest tym, co mi sugerujesz? – spytała po dłuższej chwili wracając do przerwanej rozmowy.
– Niczego nie sugeruję – zastrzegł. – Ja tylko poddaję pod twoją rozwagę opcje, które wynikają z wcześniejszych ustaleń. Wysiewam ziarno myśli i wariantów. Wrodzone predyspozycje, zainteresowania, cechy psychofizyczne… To wszystko tylko podpowiedzi. Najważniejsze dla społeczeństwa jest, byś wybrała taką profesję, która pozwoli ci się rozwijać, dostarczy satysfakcji z dobrze wykorzystanych możliwości, da maksymalne odczucie szczęścia.
– Czy wiesz, że jeszcze pięćdziesiąt lat temu dążenie do szczęścia było tylko czczą mrzonką? To znaczy: było niewymierne i bardzo intuicyjne… – nie bez dumy podkreśliła swe zainteresowanie socjohistorią. – Ludzie miotali się w swojej pracy, wypalali walcząc o lepsze zarobki, pozycję, prestiż, uczestniczyli w wyścigu szczurów mając za nagrodę tylko złudne poczucie wygranej. I nic więcej…
– Tak. Ale stanąć na skraju przepaści i zajrzeć w głąb otchłani to przeżycie pokoleniowe. Dobrze, że ludzkość była na tyle…
– Chyba nie powiesz: mądra.
– Nie… – siewca uśmiechnął się z lekkim przymusem. – W tamtym momencie to nie była kwestia mądrości, lecz instynktu samozachowawczego… Na szczęście mamy rok 2068 i kwestia dopasowania zawodowego nie stanowi już problemu. Więc jaką decyzję podejmiesz?
– Hmmm… – mruknęła. – Może zostanę historykiem literatury…? Czytałam ostatnio Miltona. Twierdził, że nie ma raju innego, niż raj utracony.
Siewca zaśmiał się teraz zupełnie otwarcie.
– Jak widać, każdy się może pomylić. Rozejrzyj się wokoło…
– Terra Repromissionis – rzekła odgadując jego intencję.
– Właśnie. Udało nam się odnaleźć ziemię obiecaną.

*

Fobos i Dejmos wschodziły nad pokrytym różowym pyłem horyzontem. Strach i trwoga… Widok dwóch księżyców Marsa stracił już sporo ze swej pierwotnej atrakcyjności. Tak to z nowościami bywa, zwłaszcza tymi długo wyczekiwanymi – zbyt szybko powszednieją.
Umiejscowienie kopuł w jednym z mniejszych kraterów wtórnych przy Holdenie było nieprzypadkowe. Zresztą przy tym projekcie niczego nie pozostawiono w rękach losu. Ani lokalizacji, ani firmy transportowej, ani składu poszczególnych grup zadaniowych. Ani nawet menu, co z pewną dozą zniechęcenia stwierdziła Jana, młodszy technik czwartego zespołu.
Lawirując między stolikami szybko podeszła do zwolnionego dopiero co miejsca przy oknie. Przynajmniej lunch zje z widokami, co prawda to tylko drobna rekompensata za brak smaku potraw, ale lepsza taka niż żadna…
– Nie odniosłaś próbek!
Ręka z widelcem zawisła w połowie drogi. Jana westchnęła, odłożyła sztućce i ze źle skrywaną niechęcią spojrzała na stojącego przy stoliku technika.
– Odniosłam – dobitnie zaakcentowała.
– Nie ma ich w bazie danych. Nie ma ich na stole. Nie ma ich również w koszyku. To ciekawe, gdzie się znajdują? – jad w głosie rozmówcy nie pozostawiał wątpliwości, na czyje konto pójdzie to przewinienie.
Jana przesunęła w jego stronę leżący na stole czytnik.
– Wprowadzone dwudziestego pierwszego marca 2093 roku według czasu uniwersalnego, podpisane. Wszystko zgodnie z procedurą.
– Nie ma ich w bazie – powtórzył adwersarz.
– Bo jakiś jełop nie odhaczył!
Stojący nad nią technik raz jeszcze zerknął na czytnik. Postukał w swój ekran, odwrócił się i odszedł bez słowa.
Jana westchnęła. Ponoć głupców nie sieją, zwłaszcza w bazach marsjańskich. Do projektu Terra Rosa kandydaci byli wybierani bardzo starannie. Ale cóż… Zawsze znajdzie się wyjątek potwierdzający regułę.

*

 – I to już koniec? – W głosie mężczyzny słychać było rozczarowanie. Wciągany przez kolejne historie został naraz brutalnie wyrzucony poza ich obszar. Potrząsnął głową, by przegnać sprzed oczu ostatnią wizję. – To autentyki? – Chciał się upewnić.
– Tak… Wszystkie trzy – potwierdziła stojąca naprzeciwko bibliotekarka.
– Więc mamy postapokalipsę, arkadię i utopię naukową. I tak wyobrażali sobie nasi przodkowie przyszłość? W tych uogólnieniach widzieli  jutrzejsze losy świata?
– Zazwyczaj. Mogę jeszcze wyszukać kolejne przykłady, do 2118 roku powstało ich tysiące, ale nie będą się znacząco różnić od tych właśnie zaprezentowanych. Jakoś, nie wiedzieć czemu, kreacje przyszłości trzymały się pewnych schematów. Może najważniejsza była przestroga, tęsknota lub marzenie…?
– Tak… Albo po prostu to, co jest naszym udziałem, nie mieściło im się w głowach – podsunął, ale bibliotekarka już zniknęła.
Wyszedł z budynku i uniósł twarz ku Słońcu. Ta sama gwiazda od tysiącleci oświetla Ziemię. Choć teraz to zupełnie nowy, nieznany obszar. Cofnął się myślą sto lat wstecz. Pomysły dawno nieżyjących już pisarzy śmieszyły go i rozczulały. Ale kimże on jest, by z wyższością i tą nuta pobłażania spoglądać na antenatów? Jaką ma nad nimi przewagę? Żadną.
Przecież ta opisywana przez nich przyszłość w ogóle nie nadeszła. A to, z czym przyszło się ludzkości mierzyć, to dla wszystkich Terra Incognita.
Na szczęście! Tak: na szczęście.

*  *  *

piątek, 1 marca 2019

Krakowski alchemik

Najsławniejszym krakowskim alchemikiem był Michał Sędziwój.
Żył na przełomie XVI i XVII wieku, studiował na Akademii Krakowskiej, organizował pokazy alchemiczne, pracował na dworze Zygmunta III Wazy i - według legendy - prawie że spalił wawelski zamek.
Jego historię opisuje Michał Rożek w publikacji "Mitologia Krakowa" (Wydawnictwo Salwator, Kraków 2009) w rozdziale "Dom Alchemika".

Postać Sędziwoja uwiecznił Jan Matejko na obrazie "Alchemik Sędziwój i Zygmunt III".


Michała Sędziwoja opisał też Andrzej Pilipiuk w trylogii:  Kuzynki, Lublin (2003, 2007); Księżniczka, Lublin (2004, 2007); Dziedziczki, Lublin (2004, 2007).

"Wierzeje Czasu" - już są!