piątek, 12 lipca 2019

"Walizka" - opowiadanie

100-lecie AGH to czas podsumowań i wspomnień. To również okazja, by wprowadzić dreszczyk emocji i na tle wiekowej historii umieścić zgrabną kryminalną intrygę. 

A więc - posłuchajcie...



„Walizka”

            Wrzask, który niespodziewanie rozległ się w pustym korytarzu, mógł być równie dobrze oznaką panicznego strachu, jak i okrzykiem zwycięstwa po wygranej partii pokera.
            Robert gwałtownie poderwał głowę zastanawiając się, czy na długo przysnął. Zegar wskazywał kwadrans po drugiej nad ranem. Gdy ostatnio sprawdzał godzinę było kilka minut przed północą, a potem tak się skupił na wykreślaniu kolejnych linii, że zupełnie stracił poczucie czasu. I chyba odpłynął, stwierdził niezadowolony rozcierając piekące oczy. W szklance z kawą pozostała już tylko gruba warstwa fusów, nawet nie wiedział, kiedy wypił tę siekierę, ale jak widać niezbyt zadziałała. Rozejrzał się szukając papierosa. Znalazł niedopałek w popielniczce na podłodze… No tak, starał się go trzymać jak najdalej od płachty, bo byle strzęp popiołu na idealnie białym arkuszu i dziadyga nie przyjmie mu pracy na zaliczenie. A pojutrze upływał ostateczny termin. Nie, przecież już jest wtorek, czyli ma jeszcze dzień na skończenie. Kurde, kurde i kurde! Trzeba było nie balować cały weekend, tylko zabrać się do roboty, ale trudno było się zmusić do ślęczenie przy stole kreślarskim, skoro koledzy z pokoju obok oblewali podwójne imieniny i serwowali domową przepalankę.
            No to teraz ma.
            Zaciągnął się i wypuścił dym pod sufit. O otwieraniu okna nie było nawet co marzyć. Mietek od razu by się zbudził i zaczął narzekać na przeciąg i biadolić, że znów dostanie zapalenia ucha. Boże, jakiż przewrotny los nasłał ich na siebie? Przecież Miasteczko Studenckie Agiehu miało setki pokoi i że też musieli wylądować pod tym samym numerem. Co prawda na sam akademik nie było co narzekać. Taki dziwny twór koedukacyjny, w którym w dodatku prócz studentów mieszkali doktoranci, a to z kolei był istny dar losu. Czasem za paczkę lepszych papierosów dało się ich namówić na zrobienie jakiejś pracy i zaliczenie było gwarantowane. Z samym Mietkiem natomiast… Maminsynek, elegant, formalista i moralizator. I jeszcze wszystko zawsze miał na czas, na każdym wykładzie był, na ćwiczenia i laboratoria zawsze przygotowany, a co najgorsze – mierną inteligencję nadrabiał pierońską pracowitością i miał stypendium, menda jedna.
            Rumor, który Robert już od jakiegoś czasu notował na skraju świadomości, zaczął się przybliżać. Zgasił niedopałek i skupił się na wsłuchiwaniu w nocne odgłosy, które, nie wiedzieć czemu, zaczęły nabierać złowrogich wibracji. Hałas zbliżał się i rozbudzał kolejne pokoje. Jakieś kotłowania i pokrzykiwania, nerwowe kroki na korytarzu. Nad nimi też coś się działo, słychać było szuranie, ktoś przewrócił krzesło, skrzypnęła zdezelowana szafa. Trzaskało coraz więcej drzwi.
            Robert podniósł się w końcu z krzesła i przeciągnął. Czuł zdrętwiałe mięśnie pleców, kark miał zupełnie sztywny. Jęknął próbując obrócić głowę w prawo i w lewo. Podszedł do drzwi zaciekawiony, co też się dzieje. Nie zdążył chwycić za klamką, gdy z impetem wpadł do pokoju Janusz.
            – A wy, kurwa, jeszcze śpicie?! Zbierać się i trzeba wypierdalać stąd!
            – Bo…? – Robert nic nie rozumiał.
            – No bo, kurwa, się pali! Brać co się da i na zewnątrz! – krzyknął i poleciał dalej.
            Robert zdębiał. Boguś obudzony hałasem błyskawicznie oprzytomniał. Zaczął szarpać jakieś zwłoki leżące na materacu wepchniętym pod szafę. Dopiero teraz do Roberta dotarło, że mają waleciarza. Ciekawe skąd się wziął…?
            – Mietek! – szturchnął kolegę zagrzebanego w kocu. – Pali się! Trzeba wiać!
            Mietek usiadł prosto na łóżku, zamrugał oczami i bez zbędnych pytań sięgnął po koszulę i spodnie. No, przynajmniej na tego nie musiał tracić czasu.
            Robert nerwowo rozejrzał się wokoło. Przede wszystkim praca! Zakręcił buteleczkę z tuszem kreślarskim, a sam arkusz, mimo rosnącego napięcia, powoli i delikatnie zwijał. Dopiero gdy umieścił go bezpiecznie w tubie – odetchnął z ulgą.
            Karol wpadł do nich w przelocie i upewniwszy się, że są już na nogach – pognał dalej.
            Co jeszcze? Torba z notatkami, kurtka, paczka papierosów i te zaskórniaki, które chował na czarną godzinę. To chyba tyle! Rzucił jeszcze raz okiem na pokój. Mietka już nie było, Boguś popędzał kolegę, który wyglądał, jakby dalej spał, ale jakimś sposobem trzymał się na nogach i człapał we wskazanym kierunku. Czyli wszyscy wyszli i można wiać, uznał.
            Wśród innych zbiegł po schodach na dół i wyszedł przed budynek. W pewnej odległości stały grupki ludzi w różnym stopniu rozbudzenia i wszelakim przyodziewku. Dziewczyny wyglądały na lekko spanikowane, większość poprawiała naprędce zarzucone szlafroki, faceci wyglądali głównie na zaciekawionych całą sytuacją, ci, co byli kompletnie ubrani, to z pewnością nocne marki, które jeszcze nie położyły się spać. Rozglądając się wokoło można było stwierdzić, że takich jak on, oderwanych od pracy, jest całkiem sporo.
            Odnalazł w tłumie Bogusia i podszedł do niego. Obok znaleźli się Janusz i Karol, sąsiedzi z tego samego piętra, z którymi wspólnie świętowali kolejne zaliczenia, a na walizce, jak gdyby nigdy nic, siedział Mietek.
            Zafascynowani oglądali spektakl rozgrywający się przed ich oczami. Ciemna noc, łuna bijąca z okien na drugim piętrze, tłum zamarły w ciszy i oczekiwaniu, i dopiero po długiej, bardzo długiej chwili – głos syren gdzieś w oddali.
            Czas płynął wraz ze wzmagającymi się szeptami obserwatorów.
            – Kurwa mać! – mruknął Boguś. – Nie zabrałem indeksu. Został w szafce. Jak spłonie to mogiła! Co ja zrobię? Wydadzą mi w dziekanacie duplikat?
            – Powinni – ze spokojem oświadczył Mietek. Uważnie śledził działania przybyłych strażaków, którzy właśnie rozwijali węże i podstawiali drabiny.
            – Ja nie zabrałem notatek z wytrzymałości materiałów. Za tydzień kolokwium – Karol zbladł. No tak, jak zawali kolejny raz, to może się pożegnać ze studiami. Ojciec mu żyć nie da. – Janusz, ty coś masz? – zwrócił się z nadzieją do kolegi. – Dasz? Ja to muszę…
            – Dam, za paczkę Marlboro – Janusz, jakkolwiek przyjaźnił się z Karolem, to jednak nie przepuścił żadnej okazji, by ugrać coś dla siebie. – Ktoś jeszcze czegoś zapomniał? – zerknął na kolegów licząc, że pociągnie ten interes.
            – Podręczników – przyznał Robert, ale to nie było najważniejsze. Tulił do siebie tubę ze szkicami, więc reszta nie miała znaczenia. – I kiszki…
            – Oooo…! – jęknęli ze zgrozą.
            Kiszka to było coś! Zwłaszcza w czasach, gdy na sklepowych półkach stał tylko ocet, a jak się nie miało dobrych układów z kierownikiem, który coś spod lady dał, to mogiła. A tu Robert za każdą wizytą w domu na wsi zwoził do Krakowa mocno pachnące specjały, które wśród kolegów wywoływały ślinotok. Potem były handle, czasem proszona impreza – on zapewniał wałówkę, reszta dostarczała procenty i fajki. I tak jakoś się to studenckie życie toczyło.
            – A ja zapomniałem skarpetek – oświadczył z powaga Mietek, gdy ustał już okrzyk żalu za, być może straconą, kiszką.
            Koledzy spojrzeli na niego wcięci. On tak na poważnie, czy też robi sobie jaja?
            Ale Mietek, po obwieszczeniu tej osobistej tragedii, jeszcze kilkakrotnie wyciągał temat pozostawionych skarpetek i w ogóle nie zwracał już uwagi na toczącą się przed ich oczami akcję strażacką.

*

            – Nie, nie, nie – ostro zaoponował Boguś. – To nie było tak! Najpierw były skarpetki, a potem kiszka Roberta.
            – A ma to jakieś znaczenie? – Janusz był wyraźnie znudzony. Miął róg listu, który leżał między nimi na stole i wydawało się, że tylko silne poczucie obowiązku wobec zmarłego i jakaś szczątkowa lojalność względem żywych trzymają go jeszcze na stołku.
            Znów, zupełnie automatycznie, przeczytał słowa skreślone drżącą ręką.
           
            Drodzy Koledzy!
Wiem, że zawsze uważaliście mnie za sztywniaka i nudziarza. Więc niech chociaż moja stypa nie odbywa się w pogrzebowym nastoju. Liczę na was! Siądźcie przy dobrej wódce i powspominajcie dawne czasy, tak jak ja je wspominałem, podczas tych kilku miesięcy, gdy musiałem się pogodzić ze sobą i ze światem, i przygotować na odejście.
Mam dla Was koperty: otwierajcie, czytajcie, wspominajcie i przepijajcie – już nie za moje zdrowie, ale za zbawienie nieśmiertelnej duszy.
Mietek.
Kraków, 21 marca 2019 r.

            – Na pewno najpierw była kiszka! – upierał się Robert. – Wiem, w końcu to ja ją przywoziłem.
            – A my pomagaliśmy w konsumpcji. No to zdrówko Miecia! – zarządził Boguś kierując kieliszek w stronę zdjęcia.
            Było w kopercie razem z listem przekazanym im przez adwokata. Tego samego, który poinformował ich o śmierci kolegi i jego ostatniej woli. A oni, z większym bądź mniejszym zapałem, stawili się na pogrzebie, złożyli wdowie kondolencje i poszli, zgodnie z prośbą Mietka, na własną, czteroosobową stypę.
Biało-czarna fotografia wyzwoliła falę wspomnień. Zrobili ją tuż po pożarze, by upamiętnić tę anegdotę. Piątka kolegów z akademika: Robert w potarganej czuprynie, w koszuli w kratkę z podwiniętymi rękawami, górujący wzrostem nad pozostałymi, potem Janusz z okularami zsuniętymi na czubek nosa, Karol z sumiastym wąsem, którego za nic nie chciał zgolić, nawet jak go dziewczyna usilnie namawiała i Boguś ironicznie spoglądający w obiektyw, w nowych dżinsach z Pewexu. I oczywiście Mietek, najniższy, wciśnięty między nich, z brązową muchą w jasne groszki specjalnie ubraną do tego zdjęcia.
            Teraz wyglądali zgoła inaczej. Te czterdzieści lat zrobiło swoje. Robert dalej górował nad nimi wzrostem, ale teraz nie miał tej wyprostowanej, tyczkowatej postury, siedział lekko przygarbiony, ze ściągniętymi ramionami. Choć dalej próbował grać rolę duszy towarzystwa, to widać było, że coś jest nie tak. Czasami przemykał mu przez twarz jakiś grymas bólu i rezygnacji, który uwydatniał poszarzałą cerę, zapadnięte policzki i podkrążone oczy. Karol dawno już zgolił wąsy i zupełnie wyłysiał. Boguś zachował złośliwy błysk w oku, ale oczywiste było, że na siłę przywołuje atmosferę studenckich czasów, a jego wesołość i żarty to zakurzona rola. Natomiast Janusz… Cóż, Robert spojrzał na kolegę po prawej. Wydawało się, że wciąż jest tym samym zabawnym i przyjacielskim facetem, który zawsze pomoże w potrzebie, da odpisać zadanie, pożyczy do pierwszego i poczęstuje papierosem. Nawet okulary miał podobne do tych na zdjęciu.
– To były czasy… A w końcu skąd ten pożar? Denaturat?
            – Impreza u chemików. Wylała im się wódka i nie chciało się iść po szmatę, żeby zetrzeć – wyjaśnił Karol.
            – No i…?
            – Któryś mądry uznał, że szybciej będzie podpalić, to samo zniknie. Tylko im się takie tiulowe firanki od tego sprzątania zaczęły fajczyć.
            – Kretyni. No, ale takich nie brakowało! Który to był?
            – Siedemdziesiąty ósmy, dziewiąty? – zastanawiał się Janusz.
            – Siedemdziesiąty ósmy, na bank – zawyrokował Karol. – Siostra wtedy się hajtała.
– Nieee… To był raczej dziewiąty. A ten akademik? Jak on się nazywał…?  
            – Mikro! – rzucił Robert zadowolony, że jeszcze kontaktuje.
            – Jakie Mikro? Jakie Mikro? – zaperzył się Boguś. – Mikro to było kino obok!
            – No tak. Ciebie tam ciągała na Bergmana ta… Jak jej było?
            – Wandzia…
            – Właśnie, Wandzia… Jak tyś tego Bergmana przeżył?
            – No cóż – Boguś uśmiechnął się pod nosem. – Czego nie robi się dla miłości?
            – Ale Bergman? – niedowierzał Janusz. – Mnie kiedyś Liza zmusiła do obejrzenia „Siódmej pieczęci”, bo mieli jakieś zadanie z polskiego. Nie dało się! Przysnąłem, a potem mi młoda wypominała to przez miesiąc, że jej każę, a nie wspieram. Co za pyskate, roszczeniowe pokolenie… Mówię oczywiście o wnuczce – dodał kwestią wyjaśnienia, ale widać było, że tę pyskatą i tak uwielbia.
            – No to: co to był za akademik? – wrócił do pytania Karol.
            – A czy to w ogóle był akademik? Nie jakiś dom doktorancki. Przecież tam byli wszyscy, różne wydziały, różne roczniki plus doktoranci, no i koedukacyjny. Na Lea był, to pewne.
            – Na Dzierżyńskiego – sprostował Robert.
            – No, zgadza się, obecna Lea, dawna Dzierżyńskiego, przecież mówię!
            – Ale jak on się nazywał?
            Cała czwórka zasępiła się nad tym pytaniem, bo jakoś nikt nie mógł sobie przypomnieć.
            Na stole prócz listu i zdjęcia leżały cztery otwarte koperty. W każdej z nich Mietek zostawił opis jakiejś anegdoty, która miała im przypomnieć dawne czasy i dać punkt wyjścia do wspominek.
Jako pierwszą omówili wizytę u młodego doktoranta, w mieszkaniu którego zastali tylko żonę i świeżo upieczony placek. Zdążyli zarówno zjeść placek, jak i przejść z panią doktorantową na „ty”, zanim zjawił się pan małżonek z ich kolokwiami, więc już nie było problemu z przekonaniem go, by choć o jeden stopień podniósł im ocenę. A obietnica na przyszłość, że przy kolejnym zaliczeniu to oni już na bank będą świetnie przygotowani? Czy im uwierzył w ten domniemany przyrost ambicji? Trudno orzec. Ale facet był w porządku i dał im te upragnione trójczyny. Później mu chyba coś podrzucili w ramach podziękowań…? Tak, jakoś tak to było, bo jego żona, Hanka, bardzo się ucieszyła. Chyba właśnie coś z domowej produkcji Roberta…
W drugiej kopercie były zapisane dwie nazwy drużyn piłkarskich: Wisła Kraków i FC Brugge. No tak! Urwali się z zajęć, by pójść na mecz. Puchar Europy! Takiej okazji nie mogli przecież przepuścić, więc analiza i synteza dynamiki maszyn górniczych mogły spokojnie poczekać.
– To były zajęcia z maszyn i urządzeń hydromechanicznych – poprawił Karol.
– Nie, maszyny górnicze. Hydromechaniczne były na czwartym roku – upierał się Janusz.
– A czy to ważne? Ważne, że wygraliśmy ten mecz trzy do jednego!
Na kolejnej kartce było wspomnienie zawodów, które kiedyś urządzili w wieżowcu na miasteczku studenckim. Założyli się, który z nich najwyżej wniesie po schodach swoją dziewczynę. Przyłączyło się do nich jeszcze kilka par. Mietka, z braku dziewczyny, zrobili arbitrem. Nie był zbyt zachwycony tym pomysłem i cały czas zrzędził, że niepotrzebnie tracą czas a on ma przecież jeszcze tyle do nauki. Ale ostatecznie ustąpił pod wspólnymi naciskami i trzymał kasę z zakładów. Większość obstawiała Tomka, bo wysoki a jego dziewczyna to była taka kruszyna… Ale on poległ na piątym piętrze, to akurat dobrze pamiętali. A kto wygrał? Tu już mieli wątpliwości i ostatecznie zostawili tę kwestię bez rozstrzygnięcia.
Czwarta koperta natomiast zawierała zdjęcie i krótką notatkę o pożarze. Czy Mietek zdawał sobie sprawę, że to właśnie jego skarpetki stanowiły clou tej dykteryjki? Przecież każdy z nich zapomniał wówczas czegoś ważnego, a jemu nie dość, że udało się spakować praktycznie cały dobytek, to nad tymi pozostawionymi skarpetami rozpaczał pół godziny, jakby normalnie były ze złotego runa.
– A pamiętacie, co się działo po pożarze…? – rzucił w przestrzeń Karol napiętym głosem.
Nie patrzył na nikogo, tylko uparcie wlepiał wzrok we wzorzystą serwetę przed sobą.
Od razu zrozumieli, do czego nawiązuje, na co wszyscy czekali, odkąd tylko z ostatniej koperty wypadło zdjęcie.
            Gdy już wszystko wróciło do normy, chcieli zrobić Mietkowi kawał, bo te skarpetki to było coś wartego zapamiętania. Zrzucili się, ile kto mógł, i kupili ze trzydzieści par w najbardziej wariackich kolorach, jakie udało im się znaleźć. Czasem Robertowi zdawało się, że wówczas, gdy byli młodzi, potrafili realizować durne pomysły z energią, zaangażowaniem i uporem godnymi lepszej sprawy. Ale wówczas te głupoty stanowiły sens ich studenckiego życia.
            – Wpakowaliśmy Mietkowi skarpetki do walizki. A przynajmniej taki był zamiar… – podjął po długiej chwili milczenia Boguś.
            Tak. Taki był plan. Tylko gdy pod nieobecność Mietka udało im się w końcu dorwać do walizki, to, co tam zobaczyli, wstrząsnęło nimi tak bardzo, że wszystkie kretyństwa w jednej sekundzie wyparowały im z głowy.
            – Zawsze się zastanawiałem, czy to nie był… No wiecie… – podjął niepewnie Robert. – Kilka tygodni wcześniej zaginęła studentka. Znaleźli ją gdzieś przy Rudawie. Chodziły słuchy, że zwłoki były zupełnie zmasakrowane…
            – No tak, Internetu nie było., „Kryminalnych”, ani innych detektywistycznych programów, milicja nie ujawniała szczegółów śledztwa. Jedynie plotki krążące po miasteczku studenckim – przyznał Karol.
            W walizce Mietka znaleźli odcięty mały palec. Kobiecy, z czerwonym lakierem na paznokciu, z wyraźnie widoczną, zmiażdżoną w miejscu cięcia kością i poszarpanymi brzegami skóry. Zawinięty w męską, kraciastą chusteczkę do nosa, na której odznaczały się drobne, rdzawe plamki krwi.
Boguś plecami rąbnął w szafę, Robert zaczął kurwować. W tym momencie Janusz zajrzał do ich pokoju ciekawy, co to za hałas; zbladł tak, że zdawało się, że za chwilę padnie jak długi na podłodze. Stojący za nim Karol przepchnął się do przodu i z pozornym spokojem kucnął przy otwartej walizce. Wziął ostrożnie w palce róg chusteczki i zakrył znalezisko.
– Co z tym robimy? – ocknął się z szoku Boguś.
– Nic. Nic, kurwa, z tym nie robimy! – Karol zamknął walizkę i wsunął ją z powrotem pod łóżko. – Nic nie widzieliśmy, niczego nie znaleźliśmy, w ogóle nas tu nie było. Jasne?!
Reszta w ciszy skinęła głowami godząc się na takie rozwiązanie. I ta zmowa milczenia trwała przez czterdzieści lat. Bywało że Robert na całe miesiące zapominał o tym „incydencie”, że ginął on gdzieś pod naporem aktualnych wydarzeń, problemów i zwykłej, codziennej rutyny. Ale zawsze następowało coś, co pobudzało pamięć i wciskało mu przed oczy obraz zakrwawionego palca zawiniętego w biało-granatową chusteczkę.
Teraz nastrój czwórki mężczyzn uległ radykalniej zmianie. Niby wciąż siedzieli w  krakowskiej restauracji z widokiem na Rynek, wciąż opijali pamięć zmarłego kolegi, ale teraz odżyły niepokój i wątpliwości, które targały nimi od lat.
Wreszcie padło nieuniknione pytanie.
– Mietek zabił tą dziewczynę? – W głosie Karola niedowierzanie mieszało się ze źle skrywaną ciekawością.
– Kto to wie…? – mruknął Janusz.
– No bo wydawał się zawsze taki nudny, nijaki. On dostawał spazmów, jak znalazł pajęczynę pod łóżkiem, koszule miał zawsze odprasowane…
– Co tam koszule – wtrącił Robert. – On to nawet bieliznę prasował.
– To chyba nie mógł tak… No wiecie… Zabić obcej dziewczyny i  pociąć jej zwłok.
– Ona nie była obca – Boguś stukał nerwowo w blat stolika. – Mietek ją znał.
– Co ty mówisz?!
Boguś wzruszył ramionami w pozornie nonszalanckim geście.
– To była koleżanka jego kuzynki. Obie były Anki. Obie studiowały na Ujocie. Mietek ją znał. Powiedział mi kiedyś, bo ta jego kuzynka bardzo przeżywała to całe zabójstwo. Milicja ją przesłuchiwała. I chyba potem zrezygnowała ze studiów, czy wzięła urlop dziekański, czy coś takiego…
– Szlag by to! Czyli to mógł być Mietek – podsumował Janusz.
Po tym stwierdzeniu nikt już jakoś nie miał zamiaru kontynuować wątku. Zresztą, co tu było mówić? Gdy Mietek żył – nie tykali tego tematu uparcie trzymając się wersji, że nic nie widzieli. Więc po co teraz, po jego śmierci, odkopywać sprawę, która od dekad była zagrzebana w archiwach. Martwi pozostaną martwi, żywym na nic się to nie zda.
Rozeszli się w fatalnych nastrojach. Obietnice, że się zdzwonią i spotkają przy weselszej okazji, były tylko pustymi frazesami i wszyscy dobrze o tym wiedzieli. Czasy studiów minęły bezpowrotnie. Od czterdziestu lat nie mieli ze sobą kontaktu i to kilkugodzinne spotkanie, w czasie którego ożyły duchy przeszłości – niczego tak naprawdę nie zmieni.

*

            To nawet było zabawne, uznał ściągając krawat i starannie odkładając go do szuflady.
            Zabawne i ożywcze. Mimo początkowych obaw – zdecydowanie dobrze zrobił, że jednak poszedł na pogrzeb Mietka i czteroosobową stypę. Dało mu to tę energię, której nie czuł w sobie już od lat. Uczucia satysfakcji, zadowolenia, zwycięstwa.
            A ten stary dureń myślał, że listy cokolwiek zmienią? Cóż, Miecio do końca został naiwnym idealistą. Czy on naprawdę sądził, że ten sentymentalny nastrój skłoni go do posypania głowy popiołem, bicia się w pierś i wyznania własnych grzechów?
            Od początku przejrzał jego grę. Ponumerowane koperty z anegdotami, też mi coś! Poza nim nikt z obecnych nie zorientował się, o co tak naprawdę chodzi, nikt nie pokojarzył wszystkich faktów, choć z jego punktu widzenia powiązania były rażąco oczywiste!
            Najpierw doktorowa. Mówiono do niej Hanka, choć miała na imię Anna. Tak jak zaginiona studentka. Potem mecz, po którym, nie wiedzieć czemu, szli brzegiem Rudawy i próbowali wymyślić wiarygodną wymówkę, czemu opuścili zajęcia. Tam znaleziono zwłoki. Trzecia koperta z zawodami… To wtedy Mietek zorientował się, kto mu podrzucił do walizki ucięty palec.
A wydawało się, że po pożarze jest to idealne miejsce na ukrycie trofeum. Jego błąd, że nie dość szybko go stamtąd zabrał. Dlaczego Mietek, gdy odkrył makabryczne znalezisko, nie usunął go? Pojęcia nie miał. Szczerze mówiąc do dziś nie wiedział, gdzie popełnił błąd. W pewnym momencie, gdy mijał go na trzecim piętrze podczas wyścigu, uchwycił spojrzenie kolegi i widział, jak ten zmienia się na twarzy. W jaki sposób ten niedojda pokojarzył fakty, przez lata pozostawało to zagadką. Ale pewne było, że tajemnica jest bezpieczna. Mietek nie dążył do żadnej konfrontacji i na pewno nie poleciałby z tym na milicję, na to brakowało mu odwagi. Ale od tamtego dnia zaczął się dystansować, był jeszcze bardziej pedantyczny, świętoszkowaty i wkurzający. I dobrze, powoli wszyscy zaczęli mieć go dość i nikt nie żałował, gdy na następny rok znaleźli się w zupełnie innych akademikach. Spotykali się jeszcze na zajęciach, witali zachowując pozory i rozchodzili po ćwiczeniach nie oglądając za siebie.
            I po tych wszystkich latach Mietek liczył, że prawda wyjdzie na jaw? Przezabawne. Ta jego pogrzebowa szarada, to wspominanie przeszłości mające być czym? Wyrzutem sumienia? Głosem sprawiedliwego wołającym o pomstę do nieba? Cóż… Miecio się przeliczył. Koledzy nie byli skorzy do kojarzenia faktów, albo celowo grali ślepych kretynów, tak było im przecież wygodniej.
            A on? On już nigdy nie popełnił tego błędu, by w przypływie paniki ukryć swoje trofeum w ogólnie dostępnym miejscu. Co to, to nie… Janusz uśmiechnął się pod nosem spoglądając w kierunku całkiem pokaźnej kolekcji białych kruków. W jednym z woluminów ukryta była płaska kasetka zabezpieczona biometrycznym zamkiem. To w niej, hermetycznie opakowanych, leżało równo osiem odciętych małych palców. Łącznie z tym pierwszym, należącym do pięknej, złotowłosej Anny.
            Z przyjemnością zagłębił się w fotelu sięgając po leżącą na stoliku książkę.
            To był całkiem przyjemnie spędzony dzień, uznał.
            Bądź co bądź, miło powspominać dawne, studenckie czasy.


*          *          *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Wierzeje Czasu" - już są!